Pawonków
Biogazownia w Lisowicach znów wróciła na tapet. Mieszkańcy protestują od lat, ale sprawa przyspiesza
Temat planowanej biogazowni w Lisowicach znów mocno wybrzmiał podczas sesji Rady Gminy Pawonków. I trudno się dziwić. To jedna z tych spraw, które od dawna nie mieszczą się już wyłącznie w urzędowych segregatorach. Dla mieszkańców to temat bardzo realny, dotyczący jakości życia, zapachów, ruchu ciężarówek i pytania, czy w niedalekim sąsiedztwie ich domów rzeczywiście powinien powstać zakład tego typu. Dla gminy to z kolei sprawa coraz trudniejsza, bo społeczny sprzeciw zderza się z wcześniejszymi decyzjami planistycznymi i z procedurą, która jest już mocno zaawansowana.
Mieszkańcy Lisowic protestują przeciw tej inwestycji nie od wczoraj. Już w 2022 roku do wójt trafiła petycja przeciwko budowie biogazowni, podpisana przez 581 osób. Nie chodzi zresztą o mały, niepozorny obiekt. Ma to być biogazownia realizowana etapami, oparta na przetwarzaniu odpadów, biomasy i ubocznych produktów pochodzenia zwierzęcego.

Udostępnione przez samorząd dokumenty precyzują, że inwestycję podzielono na dwa etapy. Pierwszy zakłada budowę biogazowni o mocy 1 MWe, drugi rozbudowę zakładu do 2 MWe, z możliwością spalania biogazu na miejscu albo jego uszlachetniania i przekazywania do sieci zewnętrznej. Wynika z nich, że w pierwszym etapie maksymalna zdolność przerobowa instalacji miałaby wynosić 41 tys. ton rocznie i 112 ton na dobę, w tym do 100 ton na dobę ubocznych produktów pochodzenia zwierzęcego. W drugim etapie skala wzrosłaby do 80,3 tys. ton rocznie i 220 ton na dobę, z czego do 200 ton na dobę mogłyby stanowić właśnie odpady zwierzęce.
Na sesji temat wrócił za sprawą skargi kasacyjnej wniesionej po wyroku Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Katowicach z 15 stycznia tego roku. Przewodnicząca poinformowała radnych, że do gminy wpłynął jej odpis. Wyrok dotyczył uchwały planistycznej gminy Pawonków. Chodziło m.in. o wprowadzenie obowiązku pasa zieleni izolacyjnej przy planowanej inwestycji. WSA oddalił skargę na uchwałę, ale sprawa trafiła dalej do Naczelnego Sądu Administracyjnego.
Do sprawy pierwszy szerzej wrócił radny, który pytał wprost, czy gmina przygotowuje odpowiedź na skargę kasacyjną do NSA. Wójt wyjaśniła, że nie widzi tu zasadności przygotowywania odrębnego stanowiska przez gminę, ponieważ, jak podkreślała, kasacja dotyczy oceny sądu, a nie samego działania gminy. W jej ocenie to nie samorząd ma się w tej chwili „tłumaczyć”, lecz NSA będzie oceniał stanowisko zajęte wcześniej przez WSA. Wójt zaznaczała, że nie bardzo widzi tu przestrzeń do tego, by gmina formułowała własną odpowiedź procesową, bo nie jest stroną w takim sensie, w jakim była nią na wcześniejszych etapach.
Znacznie ważniejszy z praktycznego punktu widzenia okazał się jednak drugi wątek – relacja między skargą kasacyjną a postępowaniem środowiskowym prowadzonym obecnie dla inwestora. Radni dopytywali, jak te dwa porządki się ze sobą łączą i czy wydanie decyzji środowiskowej nie będzie kolidowało z toczącą się sprawą przed NSA.

Wójt odpowiedziała bardzo wyraźnie, że są to dwa odrębne postępowania. Zaznaczyła, że jeśli inwestor otrzyma decyzję środowiskową, to będzie ją miał w oparciu o obowiązujący stan prawny i obowiązujący plan. Jeżeli w przyszłości w wyniku rozstrzygnięcia sądu pojawiłyby się inne skutki prawne, to wtedy mogłyby wchodzić w grę kwestie odszkodowawcze, ale na tym etapie nie blokuje to samego biegu postępowania środowiskowego.
W tym miejscu dyskusja weszła w najbardziej newralgiczny obszar. Wójt ujawniła bowiem, że postępowanie środowiskowe dla inwestycji jest już bardzo zaawansowane. Jak mówiła, inwestor miał wcześniej jedną decyzję, później zmienił się plan zagospodarowania, a następnie wystąpił ponownie, już w oparciu o nowe zapisy. Obecnie procedowana jest druga decyzja. Wójt wskazała, że spośród czterech wymaganych do wydania decyzji środowiskowej opinii instytucji zewnętrznych, trzy są pozytywne, a gmina czeka jeszcze na stanowisko Wód Polskich. Procedura jest więc praktycznie na finiszu.
Jeszcze mocniej wybrzmiało to chwilę później, kiedy wójt dopowiedziała, że po doświadczeniach z wcześniejszych lat i po treści rozstrzygnięć Samorządowego Kolegium Odwoławczego oraz sądu w praktyce nie ma już wielkiego pola do uznaniowości. W jej ocenie, jeżeli warunki będą spełnione, to decyzję trzeba wydać. Nie mówiła tego w tonie aprobaty dla inwestycji, lecz raczej jako chłodne stwierdzenie administracyjnego faktu, że samorząd musi poruszać się w wyznaczonych ramach prawnych.
Radni nie odpuszczali jednak wątku związanego z wcześniejszymi deklaracjami inwestora wobec mieszkańców. Przypomniano, że na zebraniu w Lisowicach ten miał zapewniać, iż inwestycja zmieści się w granicach obowiązującego planu i będzie możliwa do realizacji mimo zmian. Teraz, wobec wniesionej skargi kasacyjnej, część mieszkańców odbiera to jako sygnał sprzeczny i niepokojący. Wójt starała się ten rozdźwięk łagodzić. Tłumaczyła, że to, iż inwestor korzysta ze wszystkich dostępnych środków odwoławczych, nie jest niczym niezwykłym i mieści się w normalnej praktyce takich postępowań. Podkreślała też, że skoro postępowanie środowiskowe toczy się dalej, to znaczy, że przedsięwzięcie wciąż mieści się w parametrach ocenianych przez organy.
Bardzo istotny był także fragment, w którym wójt mówiła o znaczeniu samej decyzji środowiskowej. Zaznaczyła, że to nie jest dokument czysto formalny, ale coś, co później wiąże inwestora. Jeżeli w toku postępowania środowiskowego zostaną wpisane określone warunki i ograniczenia, to inwestor będzie musiał zrealizować przedsięwzięcie właśnie w takim kształcie, a nie dowolnie go później zmieniać. Podkreślała, że udział społeczeństwa w tym postępowaniu nie jest pustym rytuałem, lecz służy właśnie temu, by wszystkie ważne dla mieszkańców zastrzeżenia mogły znaleźć odbicie w warunkach decyzji. Z drugiej strony zastrzegała, że przepisy nie są skonstruowane w taki sposób, by każdą inwestycję dało się całkowicie zablokować wyłącznie przez sam sprzeciw społeczny.
Na tym jednak temat się nie skończył. Radni zaczęli pytać o praktyczne skutki inwestycji, przede wszystkim w zakresie wody. Jeden z nich powiedział wprost, że z zebrania z inwestorem wynikało, iż zabezpieczenie w wodę ma się odbywać z wodociągu gminnego. W kontekście znanych problemów z wodą w gminie zabrzmiało to wyjątkowo mocno. Wójt odpowiedziała stanowczo. Po pierwsze zaznaczyła, że gmina nie ma obowiązku przyłączania przedsiębiorstw do wodociągu. Po drugie stwierdziła, że jeśli w ogóle miałoby dojść do jakiegokolwiek przyłączenia, to wyłącznie do celów komunalnych, a nie przemysłowych. Po trzecie podkreśliła rzecz najbardziej konkretną – w miejscu, o którym mowa, nie ma wodociągu, więc gmina nie ma z czego takiego przyłącza wykonać.
Cały ten fragment sesji pokazał, że sprawa biogazowni weszła już w bardzo zaawansowaną i jednocześnie bardzo trudną fazę. Z jednej strony mieszkańcy i część radnych wciąż próbują szukać argumentów, które pozwoliłyby zatrzymać inwestycję albo przynajmniej opóźnić jej procedowanie. Z drugiej strony z wypowiedzi wójt jasno wynikało, że gmina nie widzi tu już wielkiego pola do swobodnej decyzji – poprzez obowiązujący plan, wcześniejsze rozstrzygnięcia, pozytywne opinie organów i stan zaawansowania postępowania środowiskowego. Gmina coraz wyraźniej więc sygnalizuje, że nie wszystko zależy już od jej woli, a sam inwestor korzysta z kolejnych narzędzi prawnych i proceduralnych.
Pawonków
Gałęzie nad jezdniami, suche konary i kolejne skargi. W Pawonkowie radni tracą cierpliwość
Drzewa i krzewy wchodzące w pas drogowy, suche konary zagrażające bezpieczeństwu oraz utrudnienia w przejeździe większych pojazdów. Podczas ostatniej sesji Rady Gminy Pawonków radni wskazywali kolejne ulice wymagające interwencji. Problem, jak podkreślali, powraca od lat, a wcześniejsze zgłoszenia nie zawsze przynoszą oczekiwane rezultaty. Wójt przekonywała natomiast, że kompleksowe uporządkowanie przydrożnej roślinności oznaczałoby wydatki liczone w setkach tysięcy złotych.
Temat zdominował znaczną część wolnych wniosków. Dyskusję rozpoczął Marek Jarkiewicz, który po poruszeniu kwestii prac gwarancyjnych na ulicy Kośmiderskiej zwrócił uwagę na rozrastającą się roślinność ograniczającą skrajnię dróg. Jak zaznaczył, mieszkańcy regularnie sygnalizują podobne utrudnienia, a problem nie dotyczy wyłącznie jednej miejscowości.

– Wielu mieszkańców zwracało uwagę na drzewa, krzewy, głównie na gałęzie, które nachodzą gdzieś tam na pas drogowy. TYm samym taka prośba, żeby zająć się też tym, bo to nie jest taka pierwsza uwaga ze strony mieszkańców. To się w zasadzie pojawia co roku – mówił radny.
Wójt wyjaśniła, że gmina nie prowadzi regularnego przycinania roślinności wzdłuż wszystkich dróg. Prace wykonywane są przede wszystkim w miejscach, w których pojawiają się konkretne utrudnienia. Zachęcała przy tym radnych do zgłaszania kolejnych lokalizacji wymagających interwencji.
Takie podejście spotkało się jednak z krytyką. Radna Zofia Kupiec wskazała ulicę Szkolną, gdzie mimo wcześniejszych sygnałów nadal występuje problem suchych drzew i konarów zwisających nad jezdnią. Zwróciła uwagę, że podczas silniejszego wiatru gałęzie spadają na drogę, co stwarza zagrożenie dla jej użytkowników.
– Ja muszę zaprzeczyć, że jest to na bieżąco robione, bo ja już zgłaszałam ulicę Szkolną – stwierdziła radna.
Podobne zastrzeżenia zgłosił radny Tomasz Płaszczyk, przypominając o sytuacji na ulicy Strażackiej. Jak wskazywał, sprawa była podnoszona już w ubiegłym roku, a wystające gałęzie nadal utrudniają przejazd większym samochodom. Kolejne zgłoszenia dotyczyły ulic Zielonej i Podleśnej oraz fragmentu ulicy Gwoździańskiej w Skrzydłowicach.
W odpowiedzi wójt zwróciła uwagę na finansową stronę problemu. Wyjaśniła, że usuwanie niewielkich krzewów jest stosunkowo proste, natomiast przycinanie wysokich drzew wymaga specjalistycznego sprzętu i zaangażowania odpowiednio przygotowanych ekip.
– Jakbyśmy tak chcieli wszystko, wiecie, pod linijkę, to mówimy o setkach tysięcy złotych w skali gminy – stwierdziła.
Argumenty dotyczące kosztów nie przekonały jednak wszystkich radnych. Marek Jarkiewicz zauważył, że regularne powracanie tych samych zagadnień podczas obrad świadczy o niewystarczającej skuteczności dotychczasowych działań.
– Po prostu uważam, że zbyt często to się pojawia na sesjach czy na komisjach, więc jakiś problem jest – powiedział.

Wójt podtrzymała stanowisko, że obecnie najrozsądniejszym rozwiązaniem pozostaje reagowanie na konkretne zgłoszenia, zamiast prowadzenia kosztownych prac na wszystkich drogach jednocześnie.
– W tej chwili robimy to w taki sposób interwencyjny i do tego zachęcam. Jak coś gdzieś wystaje za bardzo albo coś wisi, dawajcie nam znać. Będziemy to realizować – zapewniła.

Pawonków
Plan ogólny Pawonkowa z poślizgiem. Wójt studzi oczekiwania mieszkańców
Mieszkańcy gminy Pawonków, którzy czekają na możliwość zapoznania się z projektem planu ogólnego, najprawdopodobniej będą musieli poczekać dłużej, niż wcześniej zakładano. Dokument trafił już do opiniowania, jednak z urzędu płyną sygnały, że konieczne mogą być poprawki. Wójt podczas ostatniej sesji przyznała, że na wyłożenie projektu w październiku raczej nie ma co liczyć.
Jak poinformowała włodarz, samorząd zakończył kolejny etap przygotowywania dokumentu i przekazał go instytucjom uczestniczącym w procedurze.
– Plan ogólny został wysłany już w całość do zaopiniowania – usłyszeli radni.

Termin na wydanie opinii upłynął 10 października. Problem w tym, że jeszcze przed jego zakończeniem do urzędu zaczęły docierać sygnały wskazujące na konieczność dokonania zmian. To może przesunąć dalsze prace i oddalić moment, w którym projekt zostanie przedstawiony mieszkańcom.
– Podejrzewamy, bo już telefony z instytucji odbieramy, że będą poprawki. Że instytucje będą nanosiły swoje jakieś tam uwagi – mówiła wójt.
Skala ewentualnych zastrzeżeń na razie nie jest znana. Od ich liczby i charakteru będzie jednak zależało, ile czasu zajmie poprawienie dokumentu i kiedy samorząd będzie mógł przejść do kolejnego etapu.

Wójt wyraźnie ostudziła przy tym oczekiwania dotyczące październikowego terminu.
– Na to wyłożenie na październik bym jeszcze się nie nastawiała. Raczej w grę wchodzi końcówka roku – zaznaczyła.
Nie padła jednak konkretna data. Oznacza to, że właściciele nieruchomości zainteresowani przyszłymi możliwościami zagospodarowania swoich gruntów nadal pozostają bez precyzyjnego terminu, w którym będą mogli zapoznać się z projektem na dalszym etapie procedury.

Pawonków
Ponad dwukrotny skok stawki w Pawonkowie. Nowy limit wywołał wyraźną rezerwę radnych
Gmina Pawonków podniosła maksymalną stawkę za opróżnianie zbiorników bezodpływowych oraz osadników przydomowych oczyszczalni ścieków. Dotychczasowy limit wynoszący 70 zł za m³ zastąpiła kwota 150 zł. Uchwała przeszła jednak przy wyraźnej rezerwie części rady. Poparło ją sześciu radnych, podczas gdy siedmioro wstrzymało się od głosu.
Zmiana była jednym z tematów ostatniej sesji Rady Gminy Pawonków. Dotychczasowa stawka obowiązywała od marca 2023 roku. Jak wyjaśniano podczas obrad, problem dotyczył przede wszystkim odbioru osadów z przydomowych oczyszczalni. W tym przypadku ustalony przed ponad trzema laty limit przestał odpowiadać cenom spotykanym obecnie na rynku.

– Zapisane wcześniej 70 zł absolutnie nie jest ceną rynkową, to jest o wiele droższe. To 150 jest dopiero odpowiedzią na panujące ceny – tłumaczyła przewodnicząca rady.
Przed przygotowaniem nowych stawek urząd sprawdził ceny stosowane przez przedsiębiorców świadczących tego rodzaju usługi na terenie gminy. Z przedstawionych radnym informacji wynikało, że przy zwykłych zbiornikach bezodpływowych jedna z firm wskazała cenę 54 zł za m³. W przypadku drugiego przedsiębiorcy rozpiętość była znacznie większa – od 50 do nawet 150 zł. Wyższe ceny mają dotyczyć między innymi zbiorników, których opróżnienie jest bardziej skomplikowane.

Jeszcze inaczej wygląda sytuacja właścicieli przydomowych oczyszczalni ścieków. Jak przekazano podczas sesji, obecnie na terenie gminy tylko jeden przedsiębiorca zajmuje się odbiorem powstających w nich osadów. Ograniczona konkurencja została wprost wskazana podczas dyskusji.

– Tutaj mamy na razie taki monopol – wskazała przewodnicząca.
Radni nie zaproponowali ostatecznie innej wysokości limitu, ale wynik głosowania pokazał, że propozycja nie spotkała się z jednoznacznym poparciem rady. Za uchwałą opowiedziało się sześć osób, nikt nie zagłosował przeciw, natomiast siedmioro radnych wstrzymało się od głosu. Tym samym uchwała została przyjęta, choć więcej osób powstrzymało się od jej poparcia, niż zagłosowało „za”.
Pawonków
Kontrole już ruszyły. Urzędniczka z Pawonkowa sprawdzi szamba, oczyszczalnie i przy okazji piece
Mieszkańcy gminy Pawonków posiadający szamba lub przydomowe oczyszczalnie ścieków muszą liczyć się z wizytą urzędnika. Samorząd rozpoczął kontrole, które w ciągu dwóch lat mają objąć wszystkie tego rodzaju instalacje na terenie gminy. Co więcej, podczas tej samej wizyty sprawdzane będą również piece pod kątem przestrzegania przepisów antysmogowych. Równolegle radni zmienili zasady określające minimalną częstotliwość opróżniania zbiorników.
O rozpoczęciu kontroli poinformowano podczas niedawnej sesji Rady Gminy Pawonków. Nie chodzi przy tym o dopiero przygotowywaną akcję. Pierwsze wizyty na posesjach rozpoczęły się już w dniu obrad.
– Pani Małgorzata wyruszyła na kontrolę pieców, szamb i oczyszczalni – poinformowała wójt.

Skala przedsięwzięcia będzie znaczna. Urząd zamierza stopniowo sprawdzić wszystkie nieruchomości korzystające ze zbiorników bezodpływowych oraz przydomowych oczyszczalni. Samorząd daje sobie na przeprowadzenie całej operacji dwa lata.
Kontroler nie będzie jednak interesował się wyłącznie gospodarką ściekową. Gmina zamierza wykorzystać wizyty również do realizacji obowiązków wynikających z przepisów antysmogowych obowiązujących w województwie śląskim.
– To jest taka kontrola, że przez dwa lata musi pani Małgorzata skontrolować wszystkie zbiorniki bezodpływowe i przydomowe oczyszczalnie. A przy okazji, jak już idzie do tych mieszkańców, no to przy okazji realizujemy uchwałę antysmogową województwa, czyli kontrola pieców – wyjaśniała włodarz Pawonkowa.
Rozpoczęcie wizyt w terenie zbiegło się ze zmianami w gminnym regulaminie utrzymania czystości i porządku. Nowe zapisy dotyczą między innymi właścicieli przydomowych oczyszczalni. Osadniki mają być opróżniane zgodnie z zasadami prawidłowej eksploatacji konkretnego urządzenia, ale nie rzadziej niż raz na dwa lata.

Zmodyfikowano także przepisy odnoszące się do szamb. Dotychczasowa częstotliwość wywozu może okazać się nieadekwatna zwłaszcza w przypadku gospodarstw jednoosobowych albo nieruchomości użytkowanych tylko przez część roku. Dlatego wprowadzono możliwość rzadszego opróżniania zbiornika, jeżeli właściciel będzie w stanie wykazać odpowiednio niskie zużycie wody.
Jeśli w okresie sześciu miesięcy ilość zużytej wody będzie mniejsza niż pojemność szamba, wywóz będzie mógł odbywać się rzadziej. Ustalono jednak granicę – zbiornik trzeba będzie opróżnić co najmniej raz w roku.
Nie zmienia się natomiast obowiązek korzystania z usług podmiotu posiadającego odpowiednie zezwolenie wydane przez gminę. Ilość odebranych nieczystości powinna również pozostawać proporcjonalna do zużycia wody. W praktyce właśnie dokumenty potwierdzające prawidłowe pozbywanie się ścieków będą miały istotne znaczenie przy weryfikacji sposobu korzystania ze zbiornika.

Pawonków
Sale gotowe, dzieci przyjąć nie można. W Lisowicach zabrakło osoby z wymaganymi kwalifikacjami
Wyremontowane pomieszczenia, wyposażenie i zabawki już są, ale punkt opieki nad najmłodszymi dziećmi w Lisowicach nadal nie może rozpocząć działalności. Pierwszy nabór na dziennego opiekuna zakończył się bez rozstrzygnięcia, ponieważ żadna z zainteresowanych osób nie spełniła wszystkich wymagań formalnych. Gmina rozpoczęła więc drugi nabór, a opóźnienie wymusiło przesunięcie terminu realizacji przedsięwzięcia.
Problem pojawił się podczas ostatniej sesji Rady Gminy Pawonków. Radna Patrycja Wichary dopytywała zarówno o zakończenie prac w przygotowywanych pomieszczeniach, jak i o znalezienie osoby, która będzie mogła zająć się dziećmi.

– Chciałabym dopytać o tego dziennego opiekuna. Jak to wygląda? Na jakim etapie tam są prace w Lisowicach? Kiedy ruszamy? No, ze żłobkiem, potocznie mówiąc. I czy w ogóle ruszył nabór na kandydatów? Czy są jakieś kandydatury? – pytała.
Jak poinformowała wójt, pierwsza procedura rekrutacyjna nie przyniosła rezultatu. Problemem nie był brak zainteresowania, lecz niespełnienie ustawowych warunków przez kandydatów.
– Nabór pierwszy się rozpoczął, zakończył i żadna osoba nie spełniła kryteriów formalnych – powiedziała.
Podczas obrad sporo uwagi poświęcono samym wymaganiom. Włodarz Pawonkowa nie kryła zdziwienia częścią przepisów. Jako przykład wskazała obowiązek posiadania odpowiedniego szkolenia z pierwszej pomocy dotyczącego dzieci do trzeciego roku życia.
– Tam jest taki zapis, że nawet położna musi mieć taki kurs 40 godzinny z pierwszej pomocy dla dzieci do lat trzech. To jest dziwne, bo położna zajmuje się udzielaniem świadczenia medycznego noworodkom, ale faktycznie tak jest – mówiła.
Jak relacjonowała, jedna z osób uczestniczących w pierwszym naborze posiadała dwuletnią szkołę przygotowującą do pracy jako opiekunka dziecięca oraz kwalifikowany kurs pierwszej pomocy. Okazało się to jednak niewystarczające do spełnienia wszystkich wymogów przewidzianych dla osoby mającej sprawować opiekę nad najmłodszymi.
Gmina ogłosiła więc drugi nabór. Jedna z wcześniejszych kandydatek ma w międzyczasie uzupełniać brakujące kwalifikacje. Samorząd liczy, że pozwoli to wreszcie rozwiązać problem kadrowy.

– Wiem, że ta, która złożyła w pierwszym terminie, podjęła wyzwanie uzupełnienia szybkiego kwalifikacji. Więc mam nadzieję, że zdąży i dopełni formalności i będzie je spełniała – zaznaczyła wójt.
Brak odpowiedniej osoby pociągnął jednak za sobą kolejne konsekwencje. Gmina musiała przesunąć termin realizacji przedsięwzięcia w uzgodnieniu z wojewodą. Nie może też rozpocząć właściwego naboru najmłodszych mieszkańców.
– Nie możemy przyjmować dzieci, dopóki nie mamy osoby, która spełnia kwalifikacje wynikające z przepisów do opieki, więc jakby tutaj tym determinujemy nabór dzieciaków – wyjaśniała wójt.
Tym bardziej kłopotliwa jest sytuacja, że od strony lokalowej placówka jest już praktycznie przygotowana do działalności. Remont został zakończony, a pomieszczenia wyposażono. Do wykonania pozostały jedynie pojedyncze prace, w tym wymiana drzwi.

– Wszystkie prace remontowe są skończone. Byłam tam, mnóstwo zabawek. Pięknie to wygląda. Bardzo ładna łazieneczka – relacjonowała wójt.
Radna Wichary chciała jeszcze wiedzieć, czy dopiero po skutecznym zakończeniu rekrutacji pracownika rozpocznie się nabór dzieci. Wójt potwierdziła, że właśnie taka kolejność jest konieczna. Zainteresowanie ze strony rodziców już jednak widać, ponieważ – jak zaznaczyła – o możliwość skorzystania z opieki pytają te same osoby.
Pawonków
Mieszkaniec Lipia przejrzał dokumenty S11 i zauważył coś niepokojącego. Chodzi o wodę
Dyskusja wokół planowanej drogi ekspresowej S11 dotyczy przede wszystkim jej przebiegu, odległości od zabudowań i konsekwencji dla właścicieli nieruchomości. Podczas sierpniowej sesji Rady Gminy Pawonków pojawił się jednak problem, o którym dotychczas mówiło się znacznie mniej. Mieszkaniec Lipia, analizując dokumentację inwestycji, zwrócił uwagę na planowane odprowadzanie wody. Jego spostrzeżenie zostało potraktowane przez urząd na tyle poważnie, że temat ma zostać uwzględniony przy dalszych pracach.
Kwestia pojawiła się podczas omawiania aktualnej sytuacji związanej z S11. Wójt przypomniała, że zainteresowani mieszkańcy mogą zapoznawać się w urzędzie z dostępnymi mapami i sprawdzać, jak planowana inwestycja może wpłynąć na konkretne nieruchomości. Z tej możliwości skorzystał jeden z mieszkańców Lipia. Nie skoncentrował się jednak wyłącznie na przebiegu ekspresówki. Analizując dokumentację, zainteresował się rozwiązaniami dotyczącymi odwodnienia.

– Pan przyszedł zwrócić uwagę na odprowadzenie wody, które mu tam wzbudziło jego niepokój, jak zaczął przeglądać dokumenty – relacjonowała wójt.
Sprawa może mieć znaczenie dla terenów znajdujących się w sąsiedztwie przyszłej trasy. Budowa tak dużej infrastruktury ingeruje bowiem w istniejący teren, dlatego sposób zebrania i odprowadzenia wód będzie jednym z elementów wymagających odpowiedniego rozwiązania na etapie projektowym.

Jak wynikało z wypowiedzi wójt, uwaga mieszkańca nie została zbagatelizowana. Problem odnotowano, a zainteresowany miał również powiadomić spółki wodne, aby zagadnienie pojawiło się podczas dalszych konsultacji.

– Mieszkaniec zwrócił uwagę na coś, co będzie bardzo istotne przy projektowaniu i też zapisaliśmy sobie to, ale też poinformował on spółki wodne, żeby zwróciły uwagę na etapie konsultacji projektu, żeby zabezpieczyć się przed ewentualnymi zalewaniami w przyszłości – mówiła.
Pawonków
Ciemno, choć awaria zgłoszona. Wójt Pawonkowa: Czekamy, aż ktoś się tam łaskawie pojawi
Niesprawne oświetlenie, ponawiane pytania mieszkańców i oczekiwanie na wykonawcę. Podczas sesji Rady Gminy Pawonków powrócił temat awarii lamp, która, mimo wcześniejszego zgłoszenia, nadal nie została usunięta. Z odpowiedzi wójt wynikało, że urząd wykonał swoją część procedury, ale na miejscu wciąż nikt się nie pojawił.
Sprawę poruszył jeden z radnych. Przypomniał, że problem nie jest nowy, a mieszkańcy ponownie dopytują, kiedy oświetlenie zacznie działać. Chciał wiedzieć, czy urząd ma informacje dotyczące terminu interwencji.

Wójt potwierdziła, że usterka została przekazana do podmiotu odpowiedzialnego za jej usunięcie. Jej odpowiedź wskazywała jednak na wyraźne zniecierpliwienie przedłużającym się oczekiwaniem.
– Jest to zgłoszone i po prostu czekamy, aż ktoś się tam łaskawie pojawi – odpowiedziała.
Radny próbował ustalić również, kto właściwie powinien zająć się naprawą i czy odpowiada za nią zewnętrzna firma. Jak wyjaśniła włodarz Pawonkowa, możliwe, że instalacja nadal objęta jest gwarancją.
Pawonków
Pawonków walczy o miliony na ścieżki. Asfalt do Lublińca może jednak oznaczać rezygnację z innych dróg
Pieniądze na ścieżki rowerowe, coraz skromniejsza pula funduszy zewnętrznych i pomysł asfaltowego połączenia w kierunku Lublińca znalazły się wśród tematów sesji Rady Gminy Pawonków, która odbyła się pod koniec sierpnia. Samorząd zabiega obecnie o około 4,5 mln zł dodatkowego wsparcia, ale jednocześnie wraca koncepcja inwestycji, której koszt w ciągu kilku lat mógł niemal się podwoić. Wójt postawiła sprawę jasno. Przy obecnych możliwościach finansowych asfaltowanie trasy przez las mogłoby oznaczać rezygnację z realizacji innych dróg.
Jednym z istotniejszych tematów była walka o dodatkowe środki w ramach Zintegrowanych Inwestycji Terytorialnych. Pawonków działa w tej sprawie wspólnie z innymi samorządami. Jak poinformowała wójt, zabiegi dotyczą łącznie 13 projektów przygotowanych przez 11 gmin. Stawka dla samego Pawonkowa jest wysoka.
– Walczymy o 4,5 mln zł. Mam nadzieję, że dostaniemy te pieniądze. To dotyczy ścieżek – mówiła.

Pozyskanie dodatkowego finansowania nabiera znaczenia także w kontekście kurczących się możliwości inwestycyjnych samorządu. Jak wskazywała urzędniczka, wcześniej Pawonków miał w tym mechanizmie do dyspozycji około 13 mln zł. Obecnie jest to niespełna 7 mln zł, a pula dostępnych pieniędzy została dodatkowo ograniczona.

Do kwestii infrastruktury rowerowej powrócono w wolnych wnioskach. Radny Arkadiusz Dyla przypomniał pomysł wykonania połączenia z Kośmider w stronę Lublińca. Zamiast nawierzchni kamiennej lub kostki zaproponował asfalt, argumentując, że takie rozwiązanie byłoby trwalsze i mniej kłopotliwe w późniejszym utrzymaniu.
– Najlepiej byłoby to wyasfaltować. Wąsko, bo wąsko, ale nic to nie przeszkadza i może gdzieś tam na jakieś przyszłe lata szłoby też to gdzieś uwzględnić – mówił Dyla.
Problem pojawił się przy kosztach. Wójt przypomniała wycenę przygotowaną kilka lat temu i zestawiła ją z tym, ile podobne przedsięwzięcie mogłoby pochłonąć obecnie.

– Mieliśmy to wycenione chyba z cztery lata temu, czy pięć, na 760 tys. zł. Dzisiaj to pewnie byłoby gdzieś 1,4 mln zł – odpowiedziała.
Dyskusja szybko sprowadziła się więc do wyboru inwestycyjnych priorytetów. Przy kwocie sięgającej około 1,4 mln zł wykonanie asfaltowej trasy bez dodatkowego dofinansowania mocno obciążyłoby budżet. Wójt zasugerowała, że decyzja należałaby do rady, ale jej konsekwencją mogłoby być odsunięcie innych zadań drogowych.
– Jeżeli zdecydujemy, że w którymś roku nie budujemy dróg, tylko asfaltujemy ścieżkę. Państwa decyzja – stwierdziła.
Pawonków
Lidl, Bodzio, pasaż i McDonald’s po stronie Pawonkowa. Radni pytali, ile gmina na tym zyska
Nowe sklepy wyrastające w strefie handlowej przy granicy samorządów wywołały podczas ostatniej sesji Rady Gminy Pawonków dyskusję nie tylko o administracyjnym przebiegu granicy. Radnych interesowało przede wszystkim, które obiekty rzeczywiście znajdują się na terenie Pawonkowa i czy ich rozwój przełoży się na większe dochody samorządu. Wójt potwierdziła, że po stronie gminy znajdują się m.in. powstające Lidl i Bodzio, nowy pasaż oraz McDonald’s. Konkretnej prognozy dodatkowych wpływów do budżetu jednak nie przedstawiono.
Temat poruszył radny Roman Borszcz. Jak wskazywał, kwestia budzi zainteresowanie mieszkańców, ponieważ rozbudowujący się kompleks znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie granicy administracyjnej. Z punktu widzenia gminy istotne jest natomiast nie tylko pojawienie się nowych punktów handlowych, lecz także związane z nimi potencjalne dochody.
Wójt szczegółowo wyjaśniła, które z powstających obiektów znajdują się w Pawonkowie.
– Wszystkie sklepy, które są teraz budowane, czyli Bodzio, Lidl i ten pasaż, który jest już częściowo czynny, bo Half Price i siłownia jest już czynna. Wszystko to leży na terenie gminy Pawonków – powiedziała.

Jak przekazała, po tej samej stronie granicy znajduje się również McDonald’s oraz część funkcjonującego już kompleksu handlowego. Inaczej wygląda sytuacja m.in. w przypadku Biedronki, CCC, Rossmanna i Euro AGD, które – według informacji przedstawionej podczas sesji – znajdują się poza granicami Pawonkowa.
Na tym rozwój strefy może się nie zakończyć. Wójt wspomniała o sygnałach dotyczących kolejnej części kompleksu, ale zastrzegła, że na obecnym etapie nie dysponuje jeszcze szczegółowymi informacjami. Nie padły również konkretne wyliczenia pokazujące, ile pieniędzy nowe inwestycje handlowe mogą przynieść gminnemu budżetowi.
Dyskusja szybko rozszerzyła się więc na ogólną kondycję finansową Pawonkowa. Wójt przywołała dane z internetowego narzędzia służącego do porównywania samorządów. Według przedstawionej przez nią informacji poziom samowystarczalności finansowej gminy wynosi około 51 proc.
– Lepsze niż pół, ale jeszcze nie jesteśmy samowystarczalni. Bez dotacji z budżetu centralnego byśmy nie funkcjonowali – mówiła.

W rozmowie pojawił się również temat rosnącego zadłużenia. Z danych przytoczonych podczas obrad wynikało, że w 2024 roku zobowiązania gminy wynosiły około 3,5 mln zł, podczas gdy obecnie mają sięgać około 8,5 mln zł. Wójt tłumaczyła wzrost przede wszystkim zaciągnięciem przez samorząd pożyczki.
Jednocześnie przekonywała, że samej wysokości długu nie należy rozpatrywać w oderwaniu od realizowanych przedsięwzięć i pozostałych wskaźników finansowych. W tym kontekście wskazywała m.in. na udział wydatków inwestycyjnych. Podczas sesji nie przedstawiono jednak szczegółowej analizy pokazującej przyszłe obciążenia wynikające ze wzrostu zobowiązań.
Pawonków
Po problemach z wodą radni punktowali system informowania mieszkańców: Moja mama ma telefon z guzikami
Problemy z jakością wody w gminie Pawonków wywołały podczas ostatniej sesji znacznie szerszą dyskusję o sposobie ostrzegania mieszkańców. Jeden z radnych przekonywał, że Facebook, strona internetowa czy aplikacje nie wystarczą, szczególnie w przypadku seniorów. Wójt odpowiadała, że masowe wysyłanie komunikatów może prowadzić do niepotrzebnej paniki i znieczulenia odbiorców na ostrzeżenia. W tle pojawiły się także ograniczenia dotyczące wykorzystywania numerów telefonów mieszkańców.
Dyskusję rozpoczął Arkadiusz Dyla, który zwrócił uwagę na sposób przekazywania informacji po pojawieniu się zastrzeżeń dotyczących jednej z próbek wody. Jak mówił, sam po powrocie z urlopu nie wiedział o wcześniejszej sytuacji i dopiero później dotarł do informacji innymi kanałami. Zdaniem radnego szczególnym problemem jest dotarcie do mieszkańców, którzy nie korzystają na co dzień z internetu. Jako przykład podał własną rodzinę.
– Moja mama ma telefon, który jest z guzikami, jeszcze nie ma Facebooka, więc informacji nie miała – mówił Dyla.
Samorządowiec pytał, dlaczego w takich sytuacjach mieszkańcy nie otrzymują wiadomości SMS. Przypominał, że podobne rozwiązanie było już wykorzystywane między innymi przy informowaniu o przerwach w dostawie wody czy sprawach związanych z programem fotowoltaicznym.
Wójt tłumaczyła jednak, że w przypadku zakwestionowanego wyniku badania nie zdecydowano się na alarmowanie wszystkich mieszkańców, ponieważ według informacji posiadanych przez urząd nie było podstaw do uznania wody za niebezpieczną.
– Gdybyśmy napisali SMS-y mieszkańcom, że nie pijcie wody, albo coś tam, że zatruta, to byłaby jedna wielka panika, a ta woda nie była zatruta – argumentowała.
Zapewniała przy tym, że w przypadku rzeczywistego zagrożenia samorząd uruchomiłby równocześnie wiele sposobów przekazywania ostrzeżeń, angażując między innymi sołtysów i strażaków oraz wykorzystując internet.
Dyla wskazywał jednak, że problem nie ogranicza się do sytuacji kryzysowych, gdyż, jego zdaniem, skuteczniejszego systemu wymagają również zapowiadane przerwy w dostawie wody. Mieszkańcy nie powinni być zmuszeni do ciągłego sprawdzania urzędowych kanałów, aby dowiedzieć się o planowanych utrudnieniach.
– Mam swoje życie, swoje obowiązki i tak, no nie wchodzę tam raz na godzinę sprawdzać, co na BIP-ie się gdzieś pojawiło w aktualnościach – mówił Arkadiusz Dyla.
Radny zaproponował wykorzystanie także tradycyjnych metod. Informacje mogłyby pojawiać się między innymi w sklepach czy banku albo być przekazywane za pośrednictwem parafii. W jego ocenie szczególnie przy wcześniej zaplanowanych pracach jest czas, aby odpowiednio uprzedzić mieszkańców.

Wójt zwróciła natomiast uwagę na ryzyko odwrotnego efektu. Jeżeli urząd zacznie rozsyłać SMS-y przy każdej, nawet stosunkowo niewielkiej sprawie, mieszkańcy mogą przestać zwracać na nie uwagę.
– Jeśli rzeczywiście państwo sobie życzycie, żeby SMS wysyłać wszystkim o wszystkich przedsięwzięciach gminnych, możemy. Tyle, że to doprowadzi nas do takiej sytuacji, jak dzisiaj ludzie reagują na alarmy RCB – argumentowała.
Jako przykład podała awarię, podczas której część Pawonkowa pozostawała bez wody przez ponad siedem godzin. Jej zdaniem czym innym jest tak długa przerwa, a czym innym utrudnienia trwające dwie lub trzy godziny, przy których uruchamianie wszystkich dostępnych kanałów nie zawsze jest uzasadnione.
Podczas rozmowy ujawnił się jeszcze jeden problem. Sam fakt posiadania przez urząd numerów telefonów mieszkańców nie oznacza, że można je dowolnie wykorzystywać. Wójt tłumaczyła, że dane zostały przekazane w konkretnych celach i poszczególnych baz nie można swobodnie łączyć.
Według informacji przedstawionych podczas sesji zgodę pozwalającą na ogólne powiadamianie SMS-em złożyło około 700 osób. To niewielka część w porównaniu z około 6,5 tys. mieszkańców całej gminy.
Dyskusja przyniosła jednak konkretną zapowiedź. Wójt zamierza sprawdzić możliwość wykorzystania aplikacji służącej obecnie między innymi do obsługi harmonogramu odbioru odpadów. Dyla zwrócił jednak uwagę, że również takie rozwiązanie nie zamknie sprawy.
– Nie trafimy do tych osób starszych, które mają te komórki po to, żeby tylko odebrać rozmowę – podkreślił.
Pawonków
Odpowiedź wójt Pawonkowa zaniepokoiła radnych: A gdyby naprawdę doszło do skażenia wody?
Wykrycie bakterii z grupy coli w jednej z próbek wody przerodziło się podczas ostatniej sesji Rady Gminy Pawonków w długą dyskusję o tym, jak działa cały system kontroli. Radni pytali o sposób pobierania próbek, dwudniowe oczekiwanie na wyniki sanepidu i skuteczność informowania mieszkańców. Wójt przekonywała, że w tym przypadku rzeczywistego zagrożenia nie było, ale jednocześnie przyznała, że obowiązujące procedury mają słabe punkty.
Temat wywołał radny Arkadiusz Dyla, pytając o badania wykonane w lipcu oraz zasady, według których pobierane są próbki. Jak wyjaśniła wójt, miejsce i termin kontroli wyznacza sanepid, a gmina nie dysponuje stałym harmonogramem pozwalającym przewidzieć kolejne badania.

W jednej z pobranych próbek stwierdzono bakterie z grupy coli. Według przedstawionych podczas sesji informacji wynik wynosił trzy jednostki JTK na 100 ml. Druga próbka, pobrana bezpośrednio z miejsca, z którego woda trafia do sieci, miała być czysta. Zdaniem wójt źródłem problemu mógł być długi odcinek instalacji, w którym przy wysokich temperaturach zalegała woda.
Urzędnicy mieli również zastrzeżenia do sposobu pobrania problematycznej próbki.
– Była pobrana bez rękawiczek. To też wzbudziło nasze wątpliwości, że próbka jałowa miała być pobrana, tylko była dezynfekcja rąk, a nie było rękawiczek. Poprosiliśmy wtedy sanepid też o procedurę. Do dzisiaj nie dostałam, jak powinno być to robione – mówiła w trakcie sesji Joanna Wons-Kleta.

Najwięcej emocji wywołało jednak to, co dzieje się już po pobraniu materiału. Jak tłumaczono, badanie wykonywane metodą stosowaną przez sanepid wymaga około 48 godzin. Gmina równolegle zleciła własne badanie w Częstochowie, którego wynik był znany wcześniej. Wójt zwróciła uwagę na konsekwencje takiego systemu w sytuacji, gdyby skażenie rzeczywiście było poważne.
– Nawet gdyby coś w tej wodzie było, to idąc za logiką postępowania sanepidu, to i tak dwa dni mieszkańcy by pili, nawet gdyby tam była Escherichia coli, to mieszkańcy i tak piliby tę wodę zanieczyszczoną przez dwa dni – mówiła.
Ten fragment dyskusji zaniepokoił radnych. Jeden z nich zaczął rozważać scenariusz celowego skażenia ujęcia i pytał, czy przy takim czasie oczekiwania informacja o zagrożeniu nie przyszłaby zbyt późno.

– To jest beznadziejne, no bo skoro tyle mówimy o różnego rodzaju zagrożeniach, no to można sobie wyobrazić jakieś, nie wiem, działania, które mają na celu zatrucie ujęcia wody i wtedy co? Po 48 godzinach dopiero się dowiemy, że mamy zatrucie ujęcia wody – mówił radny.
Odpowiedź wójt była krótka.
– Najszybciej byliby chorzy mieszkańcy – stwierdziła.
Jak później zaznaczyła, gdyby pojawiły się objawy wskazujące na rzeczywiste niebezpieczeństwo, jej zdaniem sanepid zdecydowałby o natychmiastowym zamknięciu ujęcia, a dopiero później ustalano by przyczynę problemu.
Osobnym źródłem frustracji okazały się formalności. Gmina miała już wiedzieć z własnego badania, że kolejna próbka jest czysta, jednak nie mogła oficjalnie odwołać wcześniejszych zaleceń bez dokumentu właściwego inspektora sanitarnego. W międzyczasie mieszkańcy kontaktowali się z urzędem, pytając nawet o możliwość używania wody do mycia zębów.

– Mieszkańcy do mnie pisali, czy mogą myć zęby. Wiedziałam, że jest czysto, ale oficjalnie nie mogłam tego powiedzieć – relacjonowała włodarz Pawonkowa.
Spór szybko przeszedł więc z jakości samej wody na sposób przekazywania informacji. Arkadiusz Dyla zwracał uwagę, że nie każdy mieszkaniec śledzi stronę gminy czy media społecznościowe. Jako przykład podał własną matkę.
– Moja mama ma telefon, który jest z guzikami, jeszcze nie ma Facebooka, więc informacji nie miała – mówił.
Radni wskazywali na możliwość wykorzystywania SMS-ów, aplikacji, sołtysów, a nawet tradycyjnych ogłoszeń w sklepach czy za pośrednictwem parafii. Wójt przestrzegała jednak przed wysyłaniem zbyt wielu alarmujących komunikatów, argumentując, że mogłoby to doprowadzić do sytuacji, w której mieszkańcy przestaliby na nie reagować. Zwracała też uwagę na ograniczenia dotyczące wykorzystywania numerów telefonów zgromadzonych przez urząd do innych celów.
Dyskusja zakończyła się zapowiedzią sprawdzenia możliwości rozszerzenia używanej już aplikacji związanej z gospodarką odpadami o dodatkowe powiadomienia dla mieszkańców.
Pawonków
Ogromny sukces Solarni. Kobieca drużyna pożarnicza trzecia w województwie
Kobieca Drużyna Pożarnicza OSP Solarnia znalazła się w ścisłej czołówce województwa śląskiego. Druhny zajęły trzecie miejsce podczas Wojewódzkich Zawodów Sportowo-Pożarniczych OSP, które 12 września rozegrano na terenie Centralnej Szkoły Państwowej Straży Pożarnej w Częstochowie. Powiat lubliniecki miał swoich przedstawicieli również w rywalizacji mężczyzn, gdzie wystąpili strażacy z OSP Kochanowice.
Dla druhen z Solarni był to jeden z najważniejszych tegorocznych sprawdzianów. Na wojewódzkim szczeblu spotkały się najlepsze zespoły wyłonione podczas wcześniejszych etapów rywalizacji, dlatego już sam start oznaczał konieczność zmierzenia się z bardzo mocną konkurencją.

Reprezentantki OSP Solarnia poradziły sobie znakomicie. W grupie C kobiet wywalczyły trzecie miejsce, ustępując jedynie OSP Zrębice, która zwyciężyła zawody, oraz drugiej OSP Potępa.
Na sukces złożyły się tygodnie przygotowań, treningi i dopracowywanie każdego elementu konkurencji. W zawodach sportowo-pożarniczych znaczenie mają nie tylko szybkość i sprawność, ale również dokładność oraz zgranie całego zespołu. Jeden błąd czy kilka straconych sekund mogą zdecydować o spadku o kilka pozycji.
W samej jednostce nie ukrywają satysfakcji z osiągniętego wyniku.
– Godziny spędzone na treningach, pot wylany na ćwiczeniach bojowych, sztafeta i walka do ostatnich sekund – to wszystko przyniosło wspaniały efekt – podkreślili druhowie z OSP Solarnia w opublikowanym po zawodach komunikacie.
Jak dodali, zawodniczki pokazały podczas rywalizacji „ogromny charakter, serce i prawdziwego strażackiego ducha”.
– Dziewczyny, jesteśmy z was niesamowicie dumni! Gratulujemy tego fantastycznego sukcesu i dziękujemy za godne reprezentowanie OSP Solarnia na szczeblu wojewódzkim – napisali przedstawiciele jednostki.
Podziękowania skierowano również do kibiców oraz wszystkich osób, które pomagały drużynie w przygotowaniach i wspierały ją podczas startu.
Powiat lubliniecki miał w Częstochowie swoich reprezentantów także w rywalizacji mężczyzn. W grupie A wystąpili druhowie z OSP Kochanowice. W klasyfikacji mężczyzn pierwsze miejsce zajęła OSP Dobieszowice, drugie OSP Kobiernice, a trzecie OSP Samborowice.
Pawonków
Dwanaście groszy ekwiwalentu dla strażaka. Radykalna decyzja wywołała w Pawonkowie gorącą dyskusję
Blisko dwie godziny i czterdzieści minut trwała ostatnia sesja Rady Gminy Pawonków. Choć radni zajmowali się zmianami w budżecie, opieką nad najmłodszymi czy sprawami oświatowymi, zdecydowanie najwięcej emocji wywołała strażacka uchwała. Po długiej dyskusji rada zgodziła się na radykalne obniżenie części ekwiwalentów związanych ze szkoleniami OSP – w jednym przypadku z 12 zł do 12 groszy, a w drugim do 10 groszy. W trakcie obrad wróciły również problemy z wodą, przyszłość trasy S11 oraz sprawa unijnych pieniędzy, o których przywrócenie Pawonków zamierza walczyć wspólnie z innymi samorządami.
To właśnie punkt dotyczący ekwiwalentów dla druhów zdominował sporą część sesji. Radni mieli zdecydować o obniżeniu stawek związanych ze szkoleniami i ćwiczeniami strażaków. Propozycja zakładała zejście z 12 zł za godzinę do 12 groszy oraz – w przypadku kandydatów uczestniczących w szkoleniu podstawowym – do 10 groszy.
Już na początku dyskusji radna Kinga Kalus pytała wprost, skąd pomysł tak drastycznej zmiany, skoro zazwyczaj rozmowy o ekwiwalentach idą w przeciwnym kierunku.
Komendant gminny Adrian Bąk tłumaczył, że chodzi przede wszystkim o utrzymanie strażackiego budżetu w ryzach. Podstawowy kurs dla nowego strażaka trwa ponad 130 godzin, a przy większej liczbie szkolonych osób potencjalne wypłaty szybko zaczęłyby się sumować. W skali roku, jak wyliczano, to niemal 35 tys. zł, które potencjalnie uszczupliłyby budżety jednostek.
W trakcie rozmowy wyszło na jaw, że przez lata funkcjonowała między strażakami nieformalna „umowa dżentelmeńska”. Stawki były zapisane w uchwale, ale druhowie nie występowali o wypłatę pieniędzy za szkolenia. Pobierano przede wszystkim ekwiwalenty za udział w rzeczywistych akcjach i zdarzeniach. Problem pojawił się, gdy dwóch strażaków po ukończeniu szkolenia podstawowego zaczęło rozważać złożenie wniosków o należne im pieniądze. Jeden z przedstawicieli OSP podkreślał podczas sesji, że właśnie wtedy pojawiła się potrzeba uregulowania sprawy w sposób formalny, zamiast dalszego opierania systemu wyłącznie na ustnych ustaleniach.
Przedstawiciele straży przekonywali również, że pieniądze pozostające w budżecie mogą później wracać do jednostek w postaci dotacji, wkładów własnych do projektów czy zakupów sprzętu. Padały przykłady kosztów wyposażenia – jedna para specjalistycznych rękawic to około 300 zł, a kompletne ubranie dla strażaka może kosztować od 4 do 6 tys. zł.
Nie wszyscy byli jednak przekonani, że symboliczna stawka jest najlepszym rozwiązaniem. W dyskusji pojawiła się między innymi propozycja, by przy ograniczeniu ekwiwalentów szkoleniowych jednocześnie rozważyć wyższą stawkę dla druhów uczestniczących w działaniach ratowniczo-gaśniczych. Ostatecznie uchwała została przyjęta. Za głosowało dziewięciu radnych, trzech wstrzymało się od głosu, a jeden radny nie oddał głosu.
Co istotne, zmiana nie oznacza ograniczenia pieniędzy przeznaczonych w budżecie gminy na jednostki OSP. Podczas sesji wskazano, że tegoroczna pula na straże wynosi 750 tys. zł. Jednocześnie w zmianach budżetowych znalazło się 50 tys. zł na dofinansowanie zakupu lekkiego samochodu dla OSP Lisowice.
Drugim z ważniejszych tematów była sytuacja projektów unijnych, dla których, jak poinformowała wójt, zabrakło finansowania po przesunięciu części środków na ochronę ludności i obronę cywilną. Problem ma dotyczyć nie tylko Pawonkowa czy Herb, jak podniesiono, ale większej grupy śląskich samorządów. W efekcie powstał wspólny apel o przywrócenie finansowania projektów wybranych do dofinansowania w ramach programu Fundusze Europejskie dla Śląskiego 2021-2027. Według informacji przedstawionej na sesji, w całej puli brakuje około 48,9 mln zł.
Dokument ma trafić do władz województwa. Wójt przekonywała, że przy skali środków unijnych będących do dyspozycji regionu znalezienie brakującej kwoty jest realne. Podkreślała również, że do wspólnego działania udało się przekonać zarówno małe gminy, jak i znacznie większe miasta.
Sporo miejsca zajęła również kwestia bezpieczeństwa wodnego. Wójt poinformowała, że gmina ma analizować, czy jej źródła mogą być w przyszłości narażone na obniżenie poziomu wody lub wysychanie. Samorząd nadal zajmuje się też przygotowaniami związanymi z nową studnią i modernizacją infrastruktury. Do dyskusji wróciła także sytuacja sprzed kilku tygodni, gdy w jednej z próbek stwierdzono bakterie z grupy coli. Władze podkreślały, że nie chodziło o Escherichia coli. Z dwóch pobranych próbek jedna była prawidłowa, a druga wykazała zanieczyszczenie. Gmina od początku podejrzewała, że problem mógł wynikać ze sposobu pobrania wody z długiego odcinka rury, a nie z jakości wody w całej sieci. Kolejne badanie dało wynik prawidłowy.
Spór dotyczył jednak również sposobu informowania mieszkańców. Radni zwracali uwagę, że komunikaty o takich sytuacjach powinny docierać do ludzi szybciej. Dyskutowano między innymi o wykorzystaniu SMS-ów lub aplikacji do informowania o ważnych awariach i przerwach w dostawach. Władze zapowiedziały sprawdzenie takich możliwości.
Pod koniec sesji wrócił jeden z najbardziej zapalnych tematów ostatnich miesięcy – przebieg drogi ekspresowej S11. Radny Roman Borszcz pytał, czy w związku z działaniami i protestami w Lublińcu istnieje jeszcze możliwość odejścia od wariantu D. Z informacji przedstawionych przez wójt wynika, że samorząd nie zamierza zmieniać swojego dotychczasowego stanowiska. Według przekazanych na sesji, nieoficjalnych informacji, decyzja środowiskowa mogłaby zostać wydana pod koniec sierpnia, choć wójt dopuszczała również kilkutygodniowe opóźnienie. Jej wydanie ma otworzyć GDDKiA drogę do podpisania umowy z wykonawcą dokumentacji. Jednocześnie przedstawicielka gminy zaznaczała, że późniejsze odwołania mogą ciągnąć się przez kolejne lata.
Wójt zdecydowanie odrzuciła także pojawiające się określenie wariantu C jako „społecznego”. Przypominała, że wariant C znajdował się w dokumentacji od początku, natomiast wariant D pojawił się dopiero w toku konsultacji. Jak podkreślała, właśnie dlatego to wariant D – jej zdaniem – należy traktować jako rozwiązanie wypracowane pod wpływem głosów społecznych. Obecnie procedowana ma być wyłącznie ta wersja przebiegu S11.
Radni jednogłośnie przyjęli również zmiany w tegorocznym budżecie. Wśród nowych pozycji znalazła się między innymi dotacja na zakup sprzętu związanego z ochroną ludności i obroną cywilną – koparki, kontenerów magazynowych oraz agregatów prądotwórczych. Na ten cel zapisano 93,8 tys. zł. Kolejne 150 tys. zł ma zostać przeznaczone na dodatkowe urządzenia rekuperacyjne w ramach termomodernizacji urzędu gminy i zespołu szkolno-przedszkolnego w Lisowicach. Uchwałę poparło wszystkich 13 głosujących radnych.
Rada zrobiła też kolejny krok w stronę uruchomienia w Pawonkowie opieki dla dzieci do trzeciego roku życia. Gmina otrzymała dofinansowanie w programie „Aktywny dzienny opiekun w gminie 2026” i zamierza rozpocząć rekrutację dzieci. Ustalono maksymalne wynagrodzenie opiekuna na poziomie 120 proc. minimalnej stawki godzinowej. Jak tłumaczono podczas sesji, dzięki powiązaniu opłaty ze świadczeniem „aktywnie w żłobku” pracujący rodzic w praktyce nie powinien ponosić kosztu pobytu dziecka u dziennego opiekuna. Uchwała została przyjęta jednogłośnie.
W najbliższych miesiącach gmina chce ponadto ogłaszać kolejne inwestycje. Wójt zapowiedziała przetarg na dwie instalacje fotowoltaiczne z magazynami energii – przy nowym ujęciu wody w Kośmidrach oraz przy przepompowni. Trwają też przygotowania projektów drogowych, a w planie ogólnym mają pojawić się kolejne działki przeznaczone pod działalność usługową i przemysłową.
Sesja, choć rozpoczęła się od rutynowych uchwał finansowych, szybko przerodziła się więc w wielowątkową debatę o pieniądzach, bezpieczeństwie i kierunkach rozwoju gminy. Najgłośniejszym rozstrzygnięciem pozostaje jednak decyzja dotycząca strażackich ekwiwalentów – zwłaszcza że symboliczne 12 i 10 groszy nie zakończyły dyskusji o tym, jak w przyszłości powinno wyglądać finansowanie ochotniczych straży w gminie Pawonków.
Pawonków
Idą pieszo z Częstochowy do Gdańska. Ich niezwykła wyprawa ma pomóc chorym na raka
Ponad pół tysiąca kilometrów, wiele dni marszu i transmisja prowadzona przez całą dobę. Łukasz i Dawid Gomółkowie, znani jako Bracia Zakolec, wyruszyli pieszo z Częstochowy do Gdańska. Nie robią tego jednak dla rekordu ani rozgłosu. Każdy kolejny krok ma pomóc w zbiórce pieniędzy dla Fundacji Cancer Fighters, wspierającej osoby walczące z chorobami nowotworowymi.
Wyprawa rozpoczęła się 19 lipca. Łukasz, pochodzący z Pawonkowa, a obecnie mieszkający w Łagiewnikach Wielkich, oraz jego brat Dawid z Koszwic ruszyli na północ Polski z plecakami, telefonami i jasno określonym celem. Chcą nagłośnić działalność fundacji i zachęcić jak najwięcej osób do wpłat na rzecz jej podopiecznych.
Ich marsz można śledzić niemal bez przerwy. Bracia prowadzą całodobowy livestream, dzięki któremu internauci widzą nie tylko kolejne miejscowości i spotkania z mieszkańcami, ale również zmęczenie, kryzysy oraz codzienne trudności związane z pokonywaniem długiej trasy. W ósmym dniu wędrówki dotarli do Torunia.
– Przed nami wiele kilometrów, ale każdy krok ma znaczenie. Każde udostępnienie, dobre słowo i każda wpłata pomagają nam dotrzeć z tą akcją do kolejnych osób – zaznaczali na starcie Łukasz i Dawid.
Jednym z symboli wyprawy jest specjalna koszulka, na której podpisują się napotkani darczyńcy, partnerzy oraz osoby wspierające inicjatywę. Z każdym kolejnym etapem przybywa na niej nowych wpisów, a sama koszulka staje się wyjątkową kroniką podróży i ludzkiej solidarności.
Na trasie bracia spotykają się z mieszkańcami, przedsiębiorcami oraz przedstawicielami samorządów. Otrzymują słowa wsparcia, drobne upominki oraz pomoc, która ułatwia im dalszą wędrówkę. Najważniejsze są jednak kolejne wpłaty i rosnące zainteresowanie zbiórką.
Marsz nie jest zwykłą wakacyjną wyprawą. To walka z własnymi słabościami, zmęczeniem i kolejnymi kilometrami, ale przede wszystkim próba realnej pomocy. Ponad 18 tys. zł zebranych do puszek pokazuje, że inicjatywa poruszyła już wiele osób.
Łukasz i Dawid idą dalej. Do Gdańska wciąż daleko.
– Każda wpłata daje nam jeszcze większą motywację. Dziękujemy że jesteście z nami – podkreślają.

Pawonków
Pawonków chwali się inwestycjami, ale za kulisami narasta kilka problemów. Wójt: To jest tragiczne
Ostatnia sesja rady była formalnie jedną z najważniejszych w roku. Radni rozpatrzyli raport o stanie gminy za 2025 rok, zatwierdzili sprawozdanie finansowe, udzielili wójt wotum zaufania oraz absolutorium. Głosowania zakończyły się korzystnie dla władz gminy, ale nie wszystkie były jednomyślne. Zarówno przy wotum zaufania, jak i absolutorium pojawił się jeden głos wstrzymujący. To istotny szczegół, bo sama sesja, choć w dużej części sprawozdawcza, odsłoniła kilka tematów, które mogą wracać w kolejnych miesiącach. To choćby rosnące koszty odpadów, malejąca liczba dzieci w przedszkolach, niepewna przyszłość transportu publicznego oraz coraz trudniejszy dostęp gmin wiejskich do środków zewnętrznych.
Wójt, prezentując raport, mówiła o rekordowym budżecie, wysokim udziale wydatków majątkowych i licznych inwestycjach. W 2025 roku wydatki gminy wyniosły ponad 61,3 mln zł, z czego ponad 25,6 mln zł stanowiły wydatki majątkowe. Zwracała uwagę, że udział inwestycji w budżecie przekroczył 40 proc., co w jej ocenie potwierdzało rozwojowy charakter roku.

Dobre wskaźniki finansowe nie przykryły jednak mniej wygodnych danych. Jednym z najpoważniejszych problemów okazała się gospodarka odpadami. Mimo podniesienia opłaty do 36 zł od mieszkańca system nie zbilansował się i wymagał dopłaty z innych środków gminnych.
– Na koniec roku trzeba było dołożyć z innych gminnych pieniędzy 231 tys. zł – ubolewała Joanna Wons-Kleta.
W tle tej informacji pojawił się szerszy problem. Odpadów w gminie przybywa, zwłaszcza segregowanych i oddawanych do PSZOK. To właśnie ta tendencja była jednym z powodów wprowadzenia kart mieszkańca do punktu selektywnej zbiórki. Wójt nie ukrywała, że rosnące ilości odpadów będą przekładać się na koszty.
– Te odpady nam ciągle, słuchajcie, z roku na rok rosną – stwierdziła.
Kolejny trudny temat dotyczył edukacji i demografii. Choć dopłata gminy do oświaty była niższa niż w części poprzednich lat, podczas sesji jasno wybrzmiało, że spadek liczby dzieci będzie wymuszał decyzje organizacyjne. Najpierw problem dotknie przedszkoli, ale w perspektywie kilku lat może przełożyć się także na szkoły.
– Od września będziemy mieli w naszych przedszkolach 149 dzieci. 149 dzieci to jest taki efekt, że dwa oddziały musielibyśmy tak naprawdę zlikwidować. Podejrzewam, że nie unikniemy tego, co się działo parę lat temu z zamykaniem szkół – kontynuowała swój wywód.

Właśnie ten wątek należy do najważniejszych sygnałów ostrzegawczych z sesji. Gmina może pochwalić się inwestycjami w placówki i relatywnie efektywną organizacją oświaty, ale demografia stawia przed samorządem problem, którego nie da się rozwiązać wyłącznie dodatkowymi pieniędzmi.
Dużo emocji wywołała także dyskusja o ochronie płazów na ulicy Stawowej w Kośmidrach. Jedna z mieszkanek opisywała, że wiosną droga staje się miejscem intensywnej migracji żab i ropuch, a grupa wolontariuszy przez wiele tygodni przenosiła zwierzęta na drugą stronę jezdni.
– W sumie przenieśliśmy około tysiąca żab, więc dużo zostało uratowanych. Była prowadzona inwentaryzacja niejako – zaraportowała.
Wójt mówiła, że urząd analizuje możliwość czasowej zmiany organizacji ruchu, w tym zamykania drogi w godzinach wieczornych w okresie migracji. Ten pomysł nie wszystkich przekonał. Radny Marek Jarkiewicz ostrzegał, że część mieszkańców może nie zrozumieć takiego rozwiązania.
– Obawiam się, że większość mieszkańców nie zrozumie zamknięcia tej drogi z tego tytułu, z tego powodu, więc może to budzić jakieś takie, no mieszane uczucia wśród mieszkańców – zauważył.
W dyskusji pojawiły się również propozycje płotków, wiader oraz tuneli dla żab. Sprawa, choć na pierwszy rzut oka nietypowa, pokazała szerszy problem. A mianowicie jak pogodzić ochronę przyrody z codziennym komfortem mieszkańców i ruchem lokalnym?
Osobny blok dotyczył potencjału przyrodniczego i turystycznego gminy. Jeden z mieszkańców zwracał uwagę, że Pawonków ma zasoby, które przyciągają osoby z zewnątrz, ale potrzebuje lepszej infrastruktury i pomysłu na wykorzystanie tego potencjału.
– Naprawdę mieszkamy w fantastycznym miejscu i ludzie ze Śląska to widzą, zauważają i przyjeżdżają. Brakuje nam troszkę infrastruktury, która pozwoli nam na tym wszystkim zarabiać – podkreślił.
W tym kontekście wrócił również temat ścieżki rowerowej z Kośmider w kierunku Lublińca. Inny z mieszkańców przypominał, że trasa została rozpoczęta wiele lat temu, ale do dziś nie została doprowadzona do oczekiwanego stanu.
– To już chyba dwanaście lat jest, albo dziesięć i z tym się nic nie robi tam dalej – ubolewał.
Wójt przyznała, że sprawa nie jest prosta, bo mieszkańcy mają różne oczekiwania. Część chce asfaltu, część woli rozwiązania bardziej naturalne. Wcześniej szacowany koszt asfaltowania sięgał około 760 tys. zł, dlatego urząd ma analizować tańszy wariant z utwardzeniem drobnym kamieniem.
Istotne pytania zadawał też radny Marek Jarkiewicz. Zwrócił uwagę, że raport zaczyna przypominać dokument statystyczny, który pozwala porównać dane, ale nie zawsze ułatwia debatę nad konkretnymi problemami.
Radny pytał również o zaległości podatkowe, sytuację w SIM oraz możliwości inwestycyjne w kolejnych latach. Najmocniejsza odpowiedź padła przy temacie środków zewnętrznych dla gmin wiejskich. Wójt bardzo krytycznie oceniła obecne możliwości pozyskiwania pieniędzy na inwestycje.
– To jest tragiczne, bym powiedziała. Naprawdę nie ma pieniędzy dla gmin wiejskich nigdzie, ani w ministerstwach, ani w KPO, ani w funduszach unijnych – dodała.
Wójt wskazywała, że gminy wiejskie mają coraz trudniejszy dostęp do neutralnych, konkursowych źródeł finansowania. Według niej obecny układ programów premiuje większe samorządy i projekty niedopasowane do realnych potrzeb małych gmin.
Podobnie krytycznie mówiła o możliwych zmianach w systemie dopłat do transportu publicznego. Gmina ma finansowanie zapewnione do końca roku, ale później sytuacja może się skomplikować. Planowane rozwiązania mogą przesunąć pojedyncze gminy na koniec kolejki po pieniądze. Radny Jarkiewicz doprecyzował, że wykluczenie komunikacyjne w gminie wiejskiej ma zupełnie inny ciężar niż ograniczenia komunikacyjne w mieście.
– Mieszkaniec, który nie ma prawa jazdy, nie ma samochodu, nie dojdzie sobie do sklepu tak jak mieszkaniec pięćdziesięciotysięcznego miasta – nadmienił.
Po debacie rada udzieliła wójt wotum zaufania. Za było jedenastu radnych, jeden radny wstrzymał się od głosu. Taki sam wynik padł przy absolutorium. Sprawozdanie finansowe zatwierdzono dwunastoma głosami za. Dochody gminy wykonano w wysokości 61,11 mln zł, wydatki w wysokości 61,33 mln zł, a dług na koniec roku wynosił 9,1 mln zł. Zobowiązania wymagalne nie wystąpiły.
W dalszej części sesji radni przyjęli zmiany w budżecie na 2026 rok oraz w wieloletniej prognozie finansowej. Zabezpieczono m.in. wkład własny do programu ochrony ludności i obrony cywilnej. Wójt zastrzegła jednak, że gmina nie wie jeszcze, ile pieniędzy faktycznie otrzyma.
Rada zgodziła się też na przekazanie 15 tys. zł powiatowi lublinieckiemu na dwa solarne radarowe mierniki prędkości. Urządzenia mają pojawić się przy drodze powiatowej na wjeździe do Koszwic od strony Zawadzkiego oraz w Kośmidrach w okolicy przedszkola. Uchwałę przyjęto przy jednym głosie wstrzymującym. Radni uchwalili również punktowe zmiany miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego dla kilku miejscowości, porozumienie z Lublińcem w sprawie nauki religii kościoła zielonoświątkowego oraz zmianę uchwały dotyczącej trybu prac nad budżetem.
Końcówka sesji przyniosła jeszcze kilka przyziemnych, ale ważnych dla mieszkańców zgłoszeń.
– Powiat zapomina o swoich innych terenach, które są przy wjeździe w Łagiewnikach Małych i ominął go tak skutecznie, że zostawił takie chaszcze po pas – zwróciła uwagę Zofia Kupiec.
Paweł Derner poruszył problem pojemników na odzież PCK, przy których zalegają worki, a mieszkańcy nie wiedzą, do kogo zgłaszać przepełnienie.
– Do dzisiaj pojemniki nie są oklejone. Nie wiadomo, kto się ma tym zająć, a przy pojemnikach są sterty, worków, pojemniki pełne – alarmował.
Roman Kowalski zgłosił natomiast uszkodzony hydrant przy ulicy Górnej przez firmę koszącą pobocza dróg gminnych.
Pawonków
Radni mówili o bezpieczeństwie na krajówkach. Kilkanaście dni później samochód wylądował w rowie
W Pawonkowie temat dróg krajowych ledwo wybrzmiał na sesji rady gminy, a już rzeczywistość dopisała do niego własny akapit. Radni rozmawiali o niebezpiecznych miejscach, prędkości, fotoradarach i skuteczności pism do Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad. Krótko później na DK46 doszło do groźnie wyglądającej kolizji. Jeden z samochodów skończył jazdę w przydrożnym rowie.
Do zdarzenia doszło wczoraj na drodze krajowej DK46 w gminie Pawonków. Według ustaleń lublinieckiej drogówki 24-letni mieszkaniec powiatu dobrodzieńskiego, kierujący mazdą, nie ustąpił pierwszeństwa prawidłowo jadącemu audi. Za kierownicą drugiego auta siedział 31-letni mieszkaniec powiatu lublinieckiego. Skończyło się bocznym zderzeniem. Uderzenie było na tyle mocne, że jeden z pojazdów wypadł z jezdni i znalazł się w rowie.
Ta kolizja pojawiła się w szczególnym momencie. Podczas jednej z ostatnich sesji Rady Gminy Pawonków radni wracali do tematów, które dla mieszkańców nie są żadną teorią – niebezpieczne wyjazdy, ograniczona widoczność, samochody jadące zbyt szybko i pytanie, czy da się skuteczniej wymusić poprawę bezpieczeństwa na drogach krajowych.
Mówiono o fotoradarach, zmianie organizacji ruchu i o tym, że pisma do GDDKiA często nie przynoszą efektu, jakiego oczekują mieszkańcy. Radny Arkadiusz Dyla ujął to wprost, mówiąc, że czasami można odnieść wrażenie, iż ta instytucja działa jak „państwo w państwie”. Wójt Joanna Wons-Kleta odpowiadała, że gmina występuje w takich sprawach, ale zachęcała też mieszkańców do składania własnych wniosków, bo indywidualne pisma mogą wywołać większą presję.

Poniedziałkowa kolizja na DK46 dobrze pokazuje, dlaczego rozmowa o bezpieczeństwie na krajówkach w Pawonkowie wraca tak często. Dla jednych to kwestia procedur, zarządców dróg i urzędowych kompetencji. Dla mieszkańców – codzienna trasa do pracy, szkoły, sklepu czy domu.
Policjanci po raz kolejny apelują do kierowców o ostrożność, obserwowanie znaków, dostosowanie prędkości do warunków jazdy i stosowanie się do przepisów. Na drodze krajowej naprawdę niewiele trzeba, by zwykły poranek zakończył się nieprzyjemnym widokiem rozbitego auta.
Pawonków
Droga krajowa znów pod lupą. Pawonków chce fotoradarów i większej reakcji instytucji
Podczas ostatniej sesji Rady Gminy Pawonków w wolnych wnioskach powróciły sprawy, które z pozoru mogą wydawać się drobne, ale dla mieszkańców mają bardzo praktyczne znaczenie. Radni pytali między innymi o ławkę przy przystanku na ulicy Kuźnickiej, koszenie poboczy w Kośmidrach, bezpieczeństwo przy drodze krajowej DK46, możliwość montażu fotoradarów oraz skuteczność interwencji kierowanych do Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad.
Jednym z tematów była prośba mieszkańców ulicy Kuźnickiej o ustawienie ławki przy przystanku. Sprawę zgłosił radny Paweł Derner, który wskazywał, że chodzi przede wszystkim o osoby starsze, mające trudności z dłuższym staniem podczas oczekiwania na transport.

Samorządowiec zaznaczał, że w pobliżu jest miejsce, a sąsiedzi mieli wyrazić zgodę na ustawienie niewielkiej ławki, nawet bez oparcia. Wójt odniosła się do pomysłu pozytywnie, ale zwróciła uwagę, że przy tego typu rozwiązaniach mogą pojawić się ograniczenia formalne, zwłaszcza jeśli ławka miałaby zostać ustawiona w pasie drogowym lub w obrębie infrastruktury przystankowej.
– Generalnie ja nie widzę przeszkód, obawiam się za to, że istnieje szereg przeszkód formalnych – odpowiedziała Joanna Wons-Kleta.
Jednocześnie zadeklarowała sprawdzenie tematu. Jak zaznaczyła, prostsze może być znalezienie lokalizacji poza pasem drogowym, gdzie ustawienie ławki nie wymagałoby tak skomplikowanych uzgodnień.
– Jeżeli jest możliwość, żeby gdzieś ustawić ławeczkę w miejscu, które niekoniecznie jest pasem drogowym, to zachęcam – mówiła. – Możemy to sprawdzić. A z drugiej strony państwo sprawdźcie, czy jest możliwość, żeby gdzieś po prostu faktycznie postawić ławkę i żeby stała – dodała.
Radny Derner poruszył także temat koszenia poboczy w Kośmidrach. Przypomniał, że w poprzednim roku pierwsze koszenie było finansowane przez urząd gminy, a kolejne sołectwo organizowało z funduszu sołeckiego. Radnemu zależało przede wszystkim na ustaleniu, jak będzie wyglądał tegoroczny harmonogram, aby uniknąć dublowania prac.
Po krótkiej wymianie zdań wójt Wons-Kleta zaproponowała rozwiązanie, w którym pierwsze koszenie zostanie wykonane przez gminnego wykonawcę, a ewentualne kolejne prace sołectwo będzie mogło zrealizować z funduszu sołeckiego, jeśli uzna, że potrzebuje częstszego koszenia.

– No to zróbmy tak, że pierwsze koszenie będzie z urzędu gminy. Po prostu nasz kosiarz leci wszystko, a potem jak chcecie, to sobie tam zgodnie z jakimiś tam dodatkowymi pieniędzmi z funduszu sołeckiego sobie róbcie – powiedziała wójt.
Gdy radny doprecyzował, że chodzi mu właśnie o uniknięcie sytuacji, w której sołectwo wykona koszenie tuż przed przejazdem gminnego wykonawcy, włodarz Pawonkowa zaproponowała proste rozwiązanie organizacyjne.
– To teraz proszę nie kosić, dopóki nie pojedzie nasz. To jesteśmy umówieni, super – podsumowała.
W dalszej części sesji doprecyzowano jeszcze, że koszt koszenia z poprzedniego roku wynosił 1,6 tys. zł. Wymagało jednak wyjaśnienia, czy kwota ta dotyczyła jednego czy dwóch koszeń.
Znacznie poważniejszy charakter miała dyskusja dotycząca bezpieczeństwa ruchu przy drodze krajowej DK46. Jeden z radnych pytał o możliwość zmiany organizacji ruchu w rejonie urzędu, wskazując na niebezpieczny wyjazd i ograniczoną widoczność. Proponował rozważenie rozwiązania, w którym ruch zostałby uporządkowany poprzez wjazd jednokierunkowy i wyjazd z innej strony.
– Czy jest możliwość zmiany porządku ruchu? Żeby po prostu zrobić jednokierunkowy wjazd, a wyjazd z drugiej strony – pytał radny.
Wójt odpowiedziała, że formalnie takie rozwiązanie byłoby bardzo trudne, między innymi z uwagi na położenie terenu w pasie drogi krajowej oraz kwestie własnościowe. Zaznaczyła, że przy bloku przeprowadzenie takiej zmiany wymagałoby korzystania z działki gminnej i ustanawiania służebności.
– Raczej teraz już przy bloku to będzie niemożliwe. Bo tutaj z bloku by musieli przejeżdżać po działce gminnej, a to by się wiązało ze służebnością i tak dalej – wyjaśniała Wons-Kleta.
W rozmowie szybko powrócił szerszy problem nadmiernej prędkości na DK46. Wójt przyznała, że kierowcy często nie przestrzegają ograniczeń, a jednym z rozwiązań mogłyby być fotoradary. Zaznaczyła, że gmina co roku podejmuje działania w tej sprawie, ale zachęcała także radnych i mieszkańców do samodzielnego kierowania wniosków do instytucji odpowiedzialnych za drogi krajowe.
– Bardziej mnie interesuje coś innego i to też jest znowu zadanie do państwa. My to robimy raz w roku. W zeszłym roku pisałyśmy o postawienie fotoradaru i to jest rzecz, która nam by się tu przydała – mówiła wójt.
Joanna Wons-Kleta wskazywała, że problem nie dotyczy tylko Pawonkowa, ale również innych miejscowości położonych przy trasie krajowej. Padły konkretne lokalizacje, w których fotoradary mogłyby poprawić bezpieczeństwo.
– Tą drogą, czy to tam przy Skrzydłowickiej, czy tutaj na tym odcinku, żaden samochód nie jedzie 50 kilometrów. I podejrzewam, że my też nie – stwierdziła.
W tej samej części dyskusji radny Arkadiusz Dyla wrócił do sprawy zjazdu z drogi krajowej na ulicę Lubecką. Pytał, czy mieszkańcy również powinni pisać bezpośrednio do Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad oraz czy gmina prowadzi korespondencję w podobnych sprawach.
– Rozumiem, że pismo, które złożył mieszkaniec Lisowic odnośnie uporządkowania tej drogi z krajówki na Lubecką, to też bezpośrednio bym mógł pisać do GDDKiA – pytał Dyla.
Radny wyraził przy tym sceptycyzm wobec skuteczności działań kierowanych do GDDKiA, wskazując, że mieszkańcy oczekują realnej poprawy bezpieczeństwa, a nie jedynie kolejnej wymiany korespondencji.
– Czasami odnoszę wrażenie, że ta instytucja to jest takie państwo w państwie. Piszcie i tak odpowiedzi nie ma albo generalnie nic się nie dzieje, bo tu chodzi o poprawę też bezpieczeństwa – mówił samorządowiec.
Wójt odpowiedziała, że gmina może przedstawić pisma kierowane do instytucji, ale jednocześnie tłumaczyła, że w praktyce indywidualne wnioski mieszkańców mogą być skuteczniejsze proceduralnie niż wystąpienia samorządu. Jak wyjaśniała, osoby fizyczne korzystają z trybu Kodeksu postępowania administracyjnego, który wymusza odpowiedź, podczas gdy w przypadku korespondencji między instytucjami sytuacja nie zawsze jest tak jednoznaczna.
– Możemy panu przedstawić nawet te pisma. Ja tylko, bardzo proszę, miejmy świadomość tego, że państwo jako radni macie swoje zadania i państwa zadaniem nie jest korespondowanie, ani w sumie nawet moim, z Generalną Dyrekcją Dróg Krajowych i Autostrad – mówiła wójt. – Minister nie musi wójtowi odpisywać. Nie ma takiego przepisu, który by zmusił ministra czy kogokolwiek do odpisywania instytucji. KPA jest. Ono dotyczy indywidualnych osób – tłumaczyła.
Wójt zachęcała, aby mieszkańcy i radni nie ograniczali się wyłącznie do działań gminy, ale składali także własne wnioski, szczególnie w sprawie fotoradarów. Jej zdaniem większa liczba indywidualnych pism może wywołać silniejszą reakcję po stronie instytucji centralnych.
– Jakby takich pism przychodziło 30, a potem jeszcze ponaglenia po 30 dniach, że nie ma odpowiedzi, no to już zaczyna tę drugą stronę irytować. To zróbmy to do świętego spokoju – mówiła wójt.
Pod koniec sesji temat kontroli prędkości powrócił jeszcze raz. Joanna Wons-Kleta poinformowała, że prowadziła rozmowy o kosztach pomiarów lub urządzeń związanych z kontrolą prędkości. Według wstępnych informacji koszt może wynosić około 15 tys. zł, ale sprawa wymaga jeszcze potwierdzenia w budżecie.
Radny Marek Jarkiewicz zwrócił uwagę, że temat ciągnie się już od dłuższego czasu i powinien zostać rozstrzygnięty szybciej.
– Dlaczego to już dwa lata trwa? – dociekał.
Wójt przypuszczała, że poza samym zakupem urządzenia mogą być konieczne dodatkowe procedury, w tym zmiany organizacji ruchu.
Pawonków
Mieszkaniec gminy Pawonków wiózł dzieci do szkoły w Lublińcu. Był pijany
Trudno o bardziej niepokojący przykład braku odpowiedzialności na drodze. W miniony piątek policjanci z wydziału ruchu drogowego Komendy Powiatowej Policji w Lublińcu zatrzymali w Harbułtowicach kierowcę busa, który przewoził dzieci do szkoły. Badanie trzeźwości wykazało, że mężczyzna miał prawie promil alkoholu w wydychanym powietrzu.
Do kontroli doszło we wczesnych godzinach porannych. Mundurowi zatrzymali busa prowadzonego przez 36-letniego mieszkańca gminy Pawonków. Pojazdem podróżowało siedmioro pasażerów, którzy byli przewożeni do szkoły przy ulicy Stalmacha w Lublińcu.
Już sama pora kontroli pokazuje skalę zagrożenia. Był to czas porannych dojazdów, kiedy na drogach pojawiają się uczniowie, rodzice, piesi i inni kierowcy. Tymczasem osoba odpowiedzialna za bezpieczne dowiezienie dzieci do placówki sama stworzyła realne niebezpieczeństwo.
Policjanci sprawdzili stan trzeźwości kierowcy. Wynik nie pozostawiał wątpliwości – mężczyzna znajdował się pod wpływem alkoholu. Mundurowi natychmiast zakazali mu dalszej jazdy i zatrzymali prawo jazdy. Na szczęście przewożonym pasażerom nic się nie stało.

– Sprawa będzie miała swój finał w sądzie. Kierowanie pojazdem w stanie nietrzeźwości jest przestępstwem, za które grożą poważne konsekwencje, w tym wysoka grzywna, zakaz prowadzenia pojazdów, kara pozbawienia wolności, a w określonych przypadkach również konfiskata pojazdu – podkreślają przedstawiciele biura prasowego lublinieckiej policji.
To zdarzenie szczególnie bulwersuje. Kierowca odpowiadał bowiem nie tylko za siebie, ale także za bezpieczeństwo powierzonych mu pasażerów. Każda decyzja podjęta za kierownicą mogła mieć dramatyczne skutki.
Policja przypomina, że alkohol za kierownicą oznacza spóźnione reakcje, zaburzoną ocenę sytuacji i większe ryzyko utraty panowania nad pojazdem. W przypadku kierowców przewożących pasażerów, zwłaszcza dzieci, nie ma miejsca na najmniejsze odstępstwo od zasad trzeźwości i odpowiedzialności.
Pawonków
Projekty utknęły u marszałka? Wójt mówiła o opóźnieniach przy unijnych naborach
Podczas ostatniej sesji rady gminy wójt poruszyła problem opóźnień w procedowaniu projektów unijnych. Temat pojawił się przy okazji spotkania dotyczącego bieżących naborów i funkcjonowania dopłat z Leśnej Krainy Górnego Śląska.
Jak relacjonowała wójt Joanna Wons-Kleta, prezes Leśnej Krainy zwracał uwagę, że lokalne grupy działania stosunkowo szybko wykonują swoją część pracy, natomiast później dokumenty długo czekają w urzędzie marszałkowskim.
Jako przykład podała projekt ścieżki Łagiewniki Małe-Skrzydłowice. Wniosek jest cały czas procedowany, mimo że gmina otrzymała już jedną poprawkę.

– Mieliśmy już jedną poprawkę, ale faktycznie te wszystkie działania, ze względu na taki natłok, taką kumulację w czasie czekają. Te projekty są u marszałka i jakoś się tam procedują, tylko że to strasznie długo trwa – relacjonowała wójt.
Joanna Wons-Kleta zwracała uwagę, że długotrwałe oczekiwanie na decyzje powoduje zniecierpliwienie mieszkańców i beneficjentów. Zdarza się, że osoby czekające na dotację samodzielnie rozwiązują problem, zanim otrzymają wsparcie.

– Ludzie się denerwują – mówiła.
Pawonków
Pawonków zacieśnia współpracę z Ukrainą. Podpisano porozumienie z gminą Iwanków
Jedną z informacji, z jakimi wójt podzieliła się z radnymi podczas ostaniej sesji rady gminy, było podpisanie porozumienia pomiędzy tutejszym samorządem a ukraińską gminą Iwanków.
Wójt Joanna Wons-Kleta podkreślała, że spotkanie miało uroczysty, ale również poruszający charakter. Ukraińska delegacja opowiadała o codziennym funkcjonowaniu w warunkach wojny, także w miejscach oddalonych od bezpośredniej linii frontu.
Jak relacjonowała, przedstawiciele ukraińskiej gminy opowiadali o zagrożeniu ze strony dronów.
– Mimo, że front jest daleko od nich, to niestety tak jak w zeszłym roku byłam, to jeszcze nie mieli problemu dronowego. Tak teraz opowiadała pani mer i urzędnicy, że te drony ciągle tam gdzieś się kręcą i spadają. Niestety również na ich gminę – mówiła Wons-Kleta.

Do tematu odniosła się również przewodnicząca rady. Poinformowała, że brała udział w podpisaniu porozumienia oraz w prezentowaniu gościom gminy Pawonków i regionu.
– Osobiście oprowadzałam gości po Jasnej Górze w Częstochowie – relacjonowała.
Jak przekonują lokalne władze, porozumienie z ukraińską gminą może otworzyć drogę do dalszej współpracy samorządowej, wymiany doświadczeń i budowania relacji między lokalnymi wspólnotami.

-
Ekologiczny Powiat1 rok temuOstatnia zima kopciuchów? Od stycznia palenie w starych piecach będzie nielegalne
-
Lubliniec11 miesięcy temuAnonimowy profil, publiczne upokarzanie i polityczna jatka na Facebooku. Kto pociąga za sznurki tej brudnej gry?
-
Lubliniec3 miesiące temuWstrząs w lublinieckiej prokuraturze. Po decyzji w sprawie pijanego kierowcy lecą głowy i kontrole
-
Koszęcin2 miesiące temuKoszęcin opanują zabytkowe karety i konne zaprzęgi. Takiego widowiska nie zobaczycie nigdzie indziej w Polsce









