Obserwuj nas

Kochanowice

Spalony budynek straszy od lat, a Żółty Folwark znowu dzieli radnych. Padł pomysł sprzedaży inwestorowi

fot. Żółty Folwark

Opublikowany

,

Żółty Folwark ponownie stał się jednym z najbardziej konfliktowych tematów podczas niedawnej sesji Rady Gminy Kochanowice. Tym razem punktem wyjścia był spalony w 2020 roku budynek mieszkalny, którego stan jeden z radnych określił jako porażający. Dyskusja szybko przerodziła się jednak w rozliczanie wcześniejszych inwestycji, kosztów ponoszonych przez gminę i odpowiedzialności kolejnych kadencji. Padły także pytania o stan komina oraz propozycja sprzedaży problematycznej nieruchomości prywatnemu inwestorowi.

Temat rozpoczął jeden z radnych, zestawiając remontowaną rządcówkę z sąsiednim obiektem, który od kilku lat pozostaje w bardzo złym stanie.

– Ja tam przejeżdżałem ostatnio rowerem, rzeczywiście rządcówka może i ładnieje, ale ten budynek mieszkalny spalony w 2020 roku wygląda jak z filmu katastroficznego – mówił.

Radny dopytywał, czy samorząd ma konkretny plan wobec nieruchomości. Wójt Jacek Mokros wskazał, że wcześniej przygotowano koncepcję miasteczka rowerowego, ale na jej realizację nie ma obecnie finansowania.

W dalszej części rozmowy pojawiła się kwestia odpowiedzialności za wieloletni brak kompleksowego rozwiązania problemu. Jeden z radnych zarzucił poprzednim władzom bezczynność, co natychmiast wywołało sprzeciw części sali. Radni przypominali, że wykonywano wcześniej prace zabezpieczające i że nie można sprowadzać historii obiektu do stwierdzenia, że przez kilka lat nie zrobiono nic.

Spór szybko rozszerzył się na cały Żółty Folwark. Inna z radnych zdecydowanie sprzeciwiła się narracji, według której to właśnie inwestycje w kompleks miały być główną przyczyną problemów finansowych gminy.

– Idzie cały czas taki pogłos, że przez Żółty Folwark gmina jest tak zadłużona, bo tyle pieniędzy zostało wyładowane. Ale nikt nie mówi właśnie o tym, że mnóstwo pieniędzy przyszło z dofinansowania – argumentowała.

W dyskusji przypomniano także o zwrotach podatku VAT związanych z wcześniejszymi przedsięwzięciami. Zwolennicy tych inwestycji podkreślali, że ocena folwarku wyłącznie przez pryzmat wydatków nie pokazuje całego finansowego obrazu.

Przewodniczący rady Krzysztof Pawełczyk odniósł się również do samego sposobu prezentowania zakończonych inwestycji w Żółtym Folwarku. Zarzucił, że przy otwarciu obiektu nie doceniono osób odpowiedzialnych za jego realizację w poprzednich latach.

– Otwieranie Żółtego Folwarku i wypinanie piersi do medalu, gdzie 90 proc. było wykonane na poprzednich kadencjach, też nie było uczciwe, nawet nie zaproszenie tego, który to zbudował, na tą uroczystość – mówił.

Kolejnym problemem okazał się stan komina. Jeden z radnych wskazywał, że zaczyna on budzić obawy dotyczące bezpieczeństwa i pytał, dlaczego nie został wyremontowany wraz z pozostałymi elementami kompleksu. Na sali nie było jednak pełnej jasności, czy remont komina znajdował się w którymś z wcześniejszych zakresów inwestycyjnych.

– Jeżeli chodzi o komin, to mamy dofinansowanie z „Polskiego Ładu” na projekt, który jest opracowany i który jest już u nas i będziemy za niego płacić 38 tys. zł, czy coś tam – mówił wójt Mokros.

Najdalej idąca propozycja padła przy rozmowie o przyszłości spalonego budynku. Jedna z radnych zasugerowała, że zamiast ponosić wysokie nakłady na remont, należałoby rozważyć sprzedaż nieruchomości.

– Ale skoro faktycznie takie koszta są tego, to czy nie warto się zastanowić, żeby to sprzedać? – pytała.

Pomysł spotkał się z poparciem części radnych. Padła argumentacja, że prywatny inwestor mógłby zagospodarować obiekt szybciej niż samorząd, szczególnie przy obecnych ograniczeniach finansowych.

– Jeżeli przeszłoby to w prywatne ręce, na pewno ta inwestycja będzie lepsza, szybsza, niż zrobi to gmina, bo nie mamy za co, to są potężne finanse – przekonywał.

Wójt nie odrzucił całkowicie takiego rozwiązania, ale zwrócił uwagę na wcześniejsze nakłady publiczne i odpowiedzialność radnych za ewentualną decyzję o zbyciu majątku.

– Tylko tu się kłania państwa decyzja jako radnych. Czy środki finansowe, publiczne, które zostały tam rzucone, te remonty dachu, czy powinny być tak spożytkowane, że nagle ktoś to sprzedaje – zaznaczył.

Na sesji pojawił się także bardziej przyziemny problem związany z funkcjonowaniem Folwarku. Jedna z radnych zwróciła uwagę na zamkniętą furtkę od strony sanatorium, która utrudnia pensjonariuszom dojście do obiektu. Jej zdaniem ogranicza to możliwości przyciągania kolejnych zwiedzających, mimo że gmina oczekuje, iż kompleks będzie na siebie zarabiał.

Ostatecznie dyskusja nie przyniosła decyzji ani w sprawie sprzedaży, ani dalszego zagospodarowania spalonego budynku. Pokazała jednak, że Żółty Folwark pozostaje dla samorządu nie tylko inwestycją, ale również źródłem sporów o pieniądze, odpowiedzialność i ocenę decyzji podejmowanych przez kolejne kadencje. Do tego dochodzą nierozwiązane problemy techniczne oraz pytanie, czy gminę będzie stać na dalsze inwestowanie w cały kompleks.

Kochanowice

Plac zabaw, na którym nie zmieściły się urządzenia. Sołtys nie kryła oburzenia: Jest mi wstyd

Opublikowany

,

Monika Wójcik
fot. Urząd Gminy Kochanowice/Screenshot

Plac zabaw, który miał służyć dzieciom i cieszyć mieszkańców, stał się powodem ostrej wymiany zdań podczas ostatniej sesji Rady Gminy Kochanowice. Sołtys jednej z miejscowości zarzuciła urzędowi brak komunikacji, wskazywała na kuriozalny kształt ogrodzenia i ujawniła, że na wyznaczonym terenie nie zmieściły się wszystkie zaplanowane urządzenia. Wójt tłumaczył problemy skomplikowaną historią projektu oraz ograniczeniami własnościowymi. Dyskusja pokazała jednak, że nie chodzi wyłącznie o nieudane zagospodarowanie terenu, ale również o odpowiedzialność za przygotowanie inwestycji, której obecny wygląd budzi niezadowolenie miejscowej społeczności.

Sprawa pojawiła się podczas wolnych wniosków. Sołtys relacjonowała, że przez wiele miesięcy próbowała uzyskać informacje o postępach przedsięwzięcia. Podobne starania miał podejmować przedstawiciel miejscowej OSP. Jak przekonywała, zapewniano ich, że wszystko przebiega prawidłowo. Dopiero rozpoczęcie prac ujawniło problemy, których wcześniej nikt z nimi nie konsultował.

– Kto tak naprawdę odpowiada za obecny stan tego placu zabaw? Chciałabym, żeby to było wyjaśnione, żeby mieszkańcy się dowiedzieli, ponieważ większość obarcza mnie winą – mówiła sołtys.

Największe zastrzeżenia dotyczyły sposobu wyznaczenia granic obiektu. Ogrodzenie poprowadzono w sposób, który zdaniem sołtys trudno racjonalnie uzasadnić. Z jednej strony przebiega prosto, z drugiej tworzy nieregularne załamania. Jeszcze większe zdziwienie wywołało to, że na tak przygotowanym terenie zabrakło miejsca na część wyposażenia.

– Okazało się, że te pięć mniejszych urządzeń, które wybrałam, bo to jedyne na co miałam wpływ, nie zmieściły się. Dziwnym trafem, więc słuchajcie, coś jest nie tak – stwierdziła.

Sołtys zwróciła również uwagę na przewód instalacji fotowoltaicznej przebiegający przez teren przeznaczony dla dzieci. Pytała o bezpieczeństwo takiego rozwiązania oraz o to, dlaczego poszczególne elementy inwestycji nie zostały wcześniej odpowiednio skoordynowane.

Wójt wyjaśniał, że przedsięwzięcie ma swoją historię sięgającą 2022 roku. Wniosek składano za pośrednictwem ochotniczej straży pożarnej, a dokumentacja przechodziła przez ręce kilku osób, z których część nie pracuje już w urzędzie. Wskazywał również na ograniczenia wynikające z granic nieruchomości, którymi samorząd mógł dysponować.

– Jeśli chodzi o wniosek, to składała straż, więc odpowiedzialność się jakoś tam rozmywa, ponieważ my jako urzędnicy prowadziliśmy ten wniosek jakby na zlecenie straży – tłumaczył Jacek Mokros.

Takie przedstawienie sprawy spotkało się jednak ze sprzeciwem. Jeden z uczestników dyskusji przypomniał, że strażacy zostali wcześniej zachęceni do udziału w przedsięwzięciu właśnie dlatego, że wniosek należało złożyć za pośrednictwem stowarzyszenia.

– To tak do końca nie wyglądało, panie wójcie, jak pan to teraz przedstawił, że straże wnioskowały. Bo straże zostały zaproszone na spotkanie i było powiedziane, że musimy to robić przez stowarzyszenia, najlepiej przez was – padło podczas obrad.

Sołtys nie przyjęła również argumentacji dotyczącej wieloletniej historii projektu. Podkreślała, że niezależnie od formalnej odpowiedzialności za dokumentację osoby zaangażowane w sprawy miejscowości powinny wiedzieć, co powstaje i jakie problemy pojawiają się podczas realizacji.

– Zero jakiejkolwiek komunikacji. Naprawdę od samego początku – stwierdziła.

Jak relacjonowała, mieszkańcy nie kryją zdziwienia wyglądem powstającego obiektu. Pretensje kierują jednak przede wszystkim do niej, mimo że nie miała wpływu na najważniejsze rozwiązania projektowe.

– Ludzie chodzą, pukają się w głowy i dziwią się co wyście tu postawili? Czy tu szóstka dzieci wejdzie? Okazało się, że piaskownica się nie zmieści. To był pomysł gminy, że coś z drugiej strony zrobić, znowu jakiś trójkąt. No to z tego ogrodzenia taka gwiazda wyszła. No to już jest paranoja totalna – mówiła.

Wójt zapewnił, że samorząd zamierza doprowadzić inwestycję do końca. Rozwiązaniem ma być uzyskanie możliwości zagospodarowania sąsiedniego terenu, co wymaga uzgodnień ze starostwem, a następnie wprowadzenie zmian w projekcie. Pozwoliłoby to powiększyć plac i rozmieścić urządzenia zgodnie z pierwotnymi założeniami.

Na razie jednak zamiast gotowego miejsca rekreacji dla dzieci mieszkańcy mają inwestycję wymagającą kolejnych formalności. Najbardziej wymownym podsumowaniem dyskusji były słowa samej sołtys.

– Nie wiem, czy państwo byliście to zobaczyć. Jeśli nie, to polecam. Bo na czas obecny naprawdę jest mi wstyd, że mamy taki plac zabaw – skwitowała.

CZYTAJ DALEJ

Kochanowice

Wójt odwołał swoją zastępczynię. Jacek Mokros: Decyzja organizacyjna

Opublikowany

,

Piotr Biernacki
fot. Google Street View

Pod koniec sierpnia w Urzędzie Gminy Kochanowice doszło do istotnej zmiany personalnej. Justyna Machnik przestała pełnić funkcję zastępcy wójta, choć z samym urzędem się nie rozstała. Nadal będzie zajmować się drogownictwem. Znacznie mniej wiadomo natomiast o powodach decyzji Jacka Mokrosa. Na pytania o jej rzeczywiste podłoże wójt odpowiedział krótko – była to „decyzja organizacyjna”.

Informacja o odwołaniu pojawiła się w Biuletynie Informacji Publicznej pod koniec sierpnia. Z opublikowanego zarządzenia wynika, że Justyna Machnik została odwołana ze stanowiska zastępcy wójta ze skutkiem na 31 sierpnia.

Sama publikacja dokumentu nie wyjaśniała jednak, co stało za zmianą. Dlatego redakcja zapytała wójta Jacka Mokrosa, czy decyzja miała związek z oceną dotychczasowej pracy jego zastępczyni, zmianami organizacyjnymi w urzędzie, różnicami w sposobie zarządzania gminą czy też innymi okolicznościami. Odpowiedź udzielona przez włodarza była wyjątkowo oszczędna.

– Odwołanie pani Justyny Machnik ze stanowiska Zastępcy Wójta Gminy z dniem 31 sierpnia 2026 roku, było decyzją organizacyjną, podjętą w ramach uprawnień wynikających z art. 26a ustawy o samorządzie gminnym, zgodnie z którym wójt odwołuje i powołuje swojego zastępcę w drodze zarządzenia – przekazał Jacek Mokros.

To właściwie jedyne wyjaśnienie dotyczące przyczyn zmiany. Wójt nie sprecyzował, na czym owa „decyzja organizacyjna” polegała i nie odpowiedział wprost, czy miała ona związek z oceną współpracy lub funkcjonowania urzędu.

Jednocześnie odwołanie nie oznacza zawodowego rozstania Justyny Machnik z gminą.

– Pani Justyna Machnik pozostaje pracownikiem Urzędu Gminy w Kochanowicach i nadal wykonuje obowiązki na stanowisku inspektora ds. drogownictwa, zachowując dotychczasowy zakres zadań na tym stanowisku – poinformował wójt.

Nie wiadomo natomiast kto, kiedy i czy w ogóle zajmie jej miejsce. Redakcja pytała również o to, czy kandydat na nowego zastępcę został już wybrany oraz w jakim terminie można spodziewać się nominacji. W tym przypadku odpowiedź także nie przyniosła konkretów.

– Decyzja w sprawie powołania nowego zastępcy wójta zostanie podjęta zgodnie z obowiązującymi przepisami ustawy o samorządzie gminnym – odpowiedział Mokros.

CZYTAJ DALEJ

Kochanowice

Parking znika, przejście tonie w półmroku, a na ścieżce szkło. Wójt: Nasi pracownicy nie dają rady

Opublikowany

,

Monika Wójcik
fot. Kingmaker (zdjęcie ilustracyjne)

Bezpieczeństwo pieszych i rowerzystów, planowana redukcja miejsc parkingowych, słabo widoczne oznakowanie oraz zalegające szkło na ścieżce rowerowej – to jedne z najważniejszych problemów, które wybrzmiały podczas ostatniej sesji Rady Gminy Kochanowice. Najwięcej wątpliwości wzbudziła planowana przebudowa ulicy Wiejskiej i końcowego odcinka ulicy Częstochowskiej. Z dyskusji wynikało, że projekt jest już zatwierdzony, co może istotnie ograniczyć możliwość wprowadzania zmian.

Jednym z najbardziej kontrowersyjnych tematów była przyszłość parkingu przy miejscowej sali. Jeden z radnych poinformował, że według sygnałów od mieszkańców liczba miejsc ma zostać drastycznie ograniczona.

– Mamy tutaj trzynaście miejsc obok sali. Z tego, co się dowiedziałem od mieszkańców, będą tam teraz tylko trzy miejsca parkingowe. Czy to rzeczywiście tak będzie wyglądać? – pytał.

Na sali nie padła jednak jednoznaczna odpowiedź, czy ostateczna dokumentacja rzeczywiście przewiduje taką redukcję. Pojawiła się za to informacja, która dodatkowo skomplikowała sprawę.

– Projekt jest zatwierdzony, więc panu tyle odpowiem – padło podczas obrad.

Wójt Jacek Mokros nie ukrywał wątpliwości, czy na tym etapie można jeszcze skutecznie ingerować w przyjęte rozwiązania.

– Jest pozwolenie na budowę. Czy da się jeszcze coś z tym zrobić? Myślę, że nie – mówił.

Temat parkingów nie został więc ostatecznie zamknięty, ale sama dyskusja pokazała problem z przepływem informacji wokół inwestycji. Radni zaczęli pytać o szczegóły dopiero w momencie, gdy projekt miał już formalną akceptację.

Kolejne zastrzeżenia dotyczyły bezpieczeństwa pieszych przy ulicy Głównej. Jedna z radnych zwróciła uwagę, że istniejące oświetlenie nie spełnia swojej funkcji w rejonie przejścia.

– Ja właśnie mówię o prawidłowym oświetleniu tego przejścia na ulicy Głównej, bo tam jest tylko lampa, która świeci przy ulicy. Nie jest oświetlone przejście, samo przejście – mówiła.

Radna wskazywała także na zużyte oznakowanie poziome. Część pasów na drogach powiatowych jest już słabo widoczna. Z przekazanych informacji wynikało, że powiat miał je odnowić do końca sierpnia, natomiast gmina planowała zająć się własnym oznakowaniem przed rozpoczęciem roku szkolnego.

Jeszcze bardziej dosadnie zabrzmiała dyskusja o ścieżce rowerowej i poboczu ulicy Głównej. Problem zalegającego szkła miał być zgłaszany już wcześniej, ale nadal się powtarza.

– To się powtarza i ja się powtarzam. Szkło leży, mieszkańcy przebijają sobie opony w rowerach i to nie jest bezpieczne – stwierdziła radna.

Jej zdaniem sytuacja wymaga czegoś więcej niż doraźnego ręcznego sprzątania. Wójt przyznał, że skala problemu przekracza możliwości gminnych pracowników.

– Nasi pracownicy nie dają rady tego posprzątać – odpowiedział.

Z dyskusji wynikało więc, że problem nie sprowadza się wyłącznie do pojedynczych odłamków szkła. Radni wskazywali również na piasek i inne zanieczyszczenia zalegające przy jezdni, co może stwarzać ryzyko zarówno dla rowerzystów, jak i pieszych.

Władze gminy zapowiedziały natomiast bardziej systemowe podejście do oświetlenia. Wójt poinformował, że samorząd chce przygotować wspólny projekt obejmujący potrzeby z różnych miejscowości.

– Chcemy zlecić opracowanie projektu budowlanego na oświetlenie. I jakbyście państwo dostarczyli nam informację jakie miejsca są u was potrzebne do oświetlenia, do postawienia słupa czy oprawy, byśmy do tego opracowania dołączyli i zlecili projektantowi całe opracowanie – mówił.

Wśród zgłoszonych lokalizacji znalazły się między innymi ulice Lipska, Dębowa i Wieczorka.

CZYTAJ DALEJ

Kochanowice

Mieszkańcy czekają na kanalizację od trzech dekad. Tymczasem urzędnicy z Kochanowic szukają pieniędzy

Opublikowany

,

Monika Wójcik
fot. Shutterstock

Gospodarka wodno-kanalizacyjna była jednym z bardziej problematycznych tematów ostatniej sesji Rady Gminy Kochanowice. Z jednej strony samorząd ma już długo oczekiwaną dokumentację inwestycji wartej niemal 5 mln zł, z drugiej nadal musi szukać pieniędzy na jej realizację. Do tego dochodzą kolejne awarie starej sieci, pytania o kanalizację, na którą mieszkańcy czekają od dziesięcioleci, niejasności dotyczące nowej studni oraz 409 metrów wodociągu, których różnicy pomiędzy gminnymi raportami nie udało się na sesji wyjaśnić.

Wójt Jacek Mokros poinformował, że do urzędu trafiła dokumentacja obejmująca zarówno wodociąg, jak i kanalizację. Przed formalnym odbiorem została jednak skierowana jeszcze do dodatkowej weryfikacji. Kosztorys całego przedsięwzięcia ma zamykać się w kwocie zbliżonej do 5 mln zł. Problem w tym, że przygotowana dokumentacja nie oznacza jeszcze rozpoczęcia robót. Gmina musi najpierw znaleźć zewnętrzne finansowanie.

– Plan działania jest taki, że zgłosimy wodę do tych „obronnościowych”. Jak dostaniemy pieniądze, to już możemy robić – tłumaczył wójt.

Kontrowersje wzbudził również czas przygotowania dokumentacji. Z wypowiedzi włodarza wynikało, że wykonawca miał zakończyć prace już jesienią ubiegłego roku. Materiały dotarły jednak dopiero teraz, a projektant wystąpił jeszcze o aneks do umowy.

– Dokumentów, które udało się zyskać od pana, który chyba termin miał, nie wiem, czy 15 październik tamtego roku, czy 20 jakoś tak. Teraz nam posłał pismo, że chce aneksować umowę, ale nie ma szans, więc ja mu nawet powiedziałem, że nie wiem, ile pan dostanie pieniędzy za tą pracę – stwierdził Jacek Mokros.

Podczas obrad znacznie mocniej wybrzmiał jednak problem obecnej sieci. Jeden z radnych chwalił pracowników zajmujących się usuwaniem awarii, ale jednocześnie zwracał uwagę, że liczba interwencji zaczyna być trudna do opanowania. Opisywał przypadek, w którym niedługo po jednej naprawie konieczna była kolejna, zaledwie kilka metrów dalej.

Włodarz przyznał, że również pod względem kadrowym sytuacja nie jest komfortowa i pracownicy muszą się wzajemnie zastępować.

Jeszcze bardziej zaskakujący wątek pojawił się przy analizie raportów o stanie gminy. Jeden z radnych wskazał, że pomiędzy dokumentami za 2024 i 2025 rok występuje różnica wynosząca dokładnie 409 metrów sieci wodociągowej.

– Skoro już jesteśmy przy tych wodociągach, panie wójcie, to czy udało się już ustalić, gdzie mamy te brakujące 409 metrów wodociągów, które pan w tym raporcie z 2025 roku wypisał, które nie były wyszczególnione na naszej miejscowości? – pytał.

Na sesji nie udało się ustalić, z czego wynika rozbieżność.

– Nie wiem, zapiszę sobie, zobaczymy – odpowiedział wójt.

Do tego doszedł temat ulicy Częstochowskiej. Jeden z radnych pytał o planowaną rozbudowę kanalizacji i przypominał, że część mieszkańców czeka na sieć od wielu lat.

– Tam też już ludzie czekają 30 lat na tę kanalizację. Jeżeli by to rzeczywiście pan planował, bardzo fajnie, to dobrze by to było pewnie zrealizować na całej ulicy – argumentował.

Mokros nie podał podczas sesji długości planowanego odcinka ani szczegółowego zakresu inwestycji, odsyłając po dokładniejsze informacje do pracownika urzędu.

Niepokojąco zabrzmiała również informacja dotycząca nowej studni. Z wcześniejszych badań miało wynikać, że pojawił się problem z azotanami. Pobrano kolejną próbę, jednak na moment sesji wójt nie znał ostatecznych wyników.

– O studni nie mam na razie informacji, to chyba ostatnio pan też wiedział, była próba, badanie, coś tam wyszło za dużo azotanów, ale później następna próba, nie wiem, jak to tam się toczy, to firma się tym zajmuje – mówił.

CZYTAJ DALEJ

Kochanowice

Ponad pięć milionów złotych obciążeń i spór o odpowiedzialność. Gorąca sesja w Kochanowicach

Opublikowany

,

Monika Wójcik
fot. Facebook Jacka Mokrosa

Końcówka ostatniej sesji rady gminy zamieniła się w ostrą dyskusję o finansach samorządu, wielomilionowych zobowiązaniach i odpowiedzialności za decyzje podejmowane w poprzednich latach. Wójt poinformował, że gmina mierzy się z obciążeniami przekraczającymi łącznie 5 mln zł, a część należności cały czas rośnie. Na sali szybko pojawiły się jednak głosy sprzeciwu wobec obarczania winą poprzedniej kadencji.

Dyskusję uruchomił temat nieruchomości i zniszczonych obiektów należących do gminy. W odpowiedzi na pytania radnych wójt poinformował o karze w wysokości 911 tys. zł związanej z wcześniejszymi zobowiązaniami wobec KOWR-u. Samorząd wystąpił o ulgę, licząc na zmniejszenie kwoty.

– Żeśmy zawnioskowali do dyrektora KOWR-u o to, aby nam udzielił ulgi, więc procedujemy tą ulgę. Zobaczymy, czy ta ulga będzie procentowa. Chcę podkreślić, że to jest dług wymagalny i on codziennie wzrasta – mówił wójt Jacek Mokros.

Jeszcze większa należność, o której poinformowano podczas obrad, wynosi około 4,1 mln zł. W tej sprawie gmina zwróciła się do ministra rolnictwa, a możliwość zastosowania ulgi ma być opiniowana przez właściwą instytucję w Częstochowie.

Łączna skala problemu sprawiła, że podczas sesji padły wyjątkowo mocne słowa.

– Nie będę się powtarzał, ale mamy, jakby nie było, ponad 5 mln zaległości i obciążeń, które nas nękają i które codziennie wzrastają, więc staramy się tutaj z panią skarbnik i innymi pracownikami jakoś temu zapobiegać – stwierdził Mokros.

Włodarz poszedł jeszcze dalej, wskazując, jakie konsekwencje mogłaby przynieść skuteczna egzekucja jednej z należności.

– Nasze działania są też inwestycyjne, ale też zapobiegające temu, żeby te obiekty, które są tam, nas nie pogrążyły. Bo jeżeli KOWR nam zablokuje rachunek, to my nie wypłacimy nawet wam pieniędzy – mówił.

Finansowa część debaty szybko rozszerzyła się na całe zadłużenie gminy. Skarbnik Elżbieta Styczyrz poinformowała, że na koniec czerwca 2024 roku wynosiło ono około 13,53 mln zł, podczas gdy dwa lata później sięgało już około 15,73 mln zł. W międzyczasie samorząd emitował obligacje, ale równocześnie spłacał wcześniejsze kredyty i pożyczki.

– W drugiej połowie 2024 roku zaciągnęliśmy obligacje w wysokości 4,5 mln zł, a w tamtym roku, jak państwo pamiętają, zaciągnęliśmy obligacje 2,91 mln zł. Przypominam tylko, iż państwo nad tym głosują i państwo te materiały mają – zaznaczyła skarbnik.

Właśnie kwestia odpowiedzialności za rosnące zobowiązania wywołała największe spięcie. Jeden z radnych przekonywał, że część nowego finansowania była potrzebna na pokrywanie zobowiązań pozostawionych z wcześniejszych lat i że ten fakt powinien być uwzględniany przy ocenie obecnego zadłużenia.

Taka narracja wyraźnie nie spodobała się przewodniczącemu rady. Zwrócił uwagę, że przy kolejnych inwestycjach i decyzjach finansowych działa nie tylko wójt, ale również rada, a samorząd zachowuje ciągłość niezależnie od zmiany osoby stojącej na jego czele.

– Sformułowanie „poprzednia władza” i „obecna władza” bardzo mi się nie podoba, gdyż został zmieniany tylko wójt – podkreślił Krzysztof Pawełczyk.

Przewodniczący sprzeciwił się również przedstawianiu obecnych trudności wyłącznie jako skutku decyzji poprzedników.

– Każda rada gminy stara się jak najbardziej wspomóc wójta w jego pomysłach i wyrzucanie teraz, że ktoś zrobił coś kiedyś nie tak, a my musimy za to spłacać, jest nieuczciwe – stwierdził Pawełczyk.

Na sali przypominano przy tym, że wcześniejsze inwestycje nie oznaczały wyłącznie wydatków. Towarzyszyły im także zewnętrzne dofinansowania i zwroty podatku VAT, które zasilały gminny budżet. Dyskusja przestała więc dotyczyć jedynie rachunków, a zaczęła przypominać rozliczenie dwóch kadencji i dwóch różnych sposobów oceniania tych samych przedsięwzięć.

CZYTAJ DALEJ

Kochanowice

Nowy żłobek, nowe etaty. W Kochanowicach trwa rekrutacja dzieci i pracowników 

Opublikowany

,

Piotr Biernacki
fot. Urząd Gminy Kochanowice/Facebook

Gminny Żłobek w Kochanowicach szykuje się do nowego roku szkolnego na dwóch frontach. Z jednej strony trwa rekrutacja najmłodszych mieszkańców, z drugiej – placówka kompletuje zespół, który będzie się nimi opiekował. Rodzice mają czas na zgłoszenie dzieci do 25 sierpnia, natomiast osoby zainteresowane pracą muszą się spieszyć jeszcze bardziej, bo nabór na trzy stanowiska kończy się już jutro, 21 sierpnia.

Rekrutacja dzieci obejmuje maluchy od ukończenia 20. tygodnia życia do 3. roku życia. Warunkiem udziału w naborze jest złożenie karty zgłoszenia wraz z wymaganymi załącznikami. Dokumenty przyjmowane są osobiście w biurze podawczym urzędu gminy. Jak podniesiono w ogłoszeniu, wnioski złożone po 25 sierpnia nie będą rozpatrywane. Formularz można pobrać zarówno w urzędzie, jak i ze strony internetowej gminy. To właśnie tam udostępniono również szczegółowe zasady postępowania rekrutacyjnego.

Równolegle trwa kompletowanie kadry placówki przy ulicy Lublinieckiej 9. Dyrektor placówki ogłosiła nabór na opiekuna lub opiekunkę, pomoc kuchenną oraz woźnego lub woźną.

Największy zakres odpowiedzialności będzie oczywiście spoczywał na osobie zatrudnionej jako opiekun. Kandydaci muszą spełniać wymagania dotyczące kwalifikacji określonych dla pracy z dziećmi do lat trzech. W grę wchodzi m.in. odpowiednie wykształcenie pedagogiczne, pielęgniarskie lub położnicze, kwalifikacje opiekunki dziecięcej, a także inne ścieżki przewidziane przepisami, obejmujące określone szkolenia i doświadczenie w pracy z najmłodszymi.

To stanowisko przewidziano w pełnym wymiarze czasu pracy, po osiem godzin dziennie. W ogłoszeniu wskazano wynagrodzenie zasadnicze od 4808 do 5100 zł brutto, a do tego mogą dojść m.in. dodatki za wieloletnią pracę, nagrody oraz dodatkowe wynagrodzenie roczne.

Jednostka szuka również pomocy kuchennej na pół etatu. Do jej obowiązków należeć będzie m.in. przyjmowanie posiłków od firmy cateringowej, ich wydawanie zgodnie z jadłospisem i dietami dzieci, podgrzewanie i serwowanie, dbanie o jakość potraw, mycie naczyń oraz utrzymywanie porządku w kuchni i jej zapleczu. Praca ma zajmować cztery godziny dziennie, a wskazane w ogłoszeniu wynagrodzenie zasadnicze będzie naliczane proporcjonalnie do wymiaru etatu.

Trzecie postępowanie dotyczy woźnego lub woźnej na pół etatu. Wśród wymagań znalazły się m.in. odpowiedzialność, dobra organizacja pracy, odpowiedni stan zdrowia i co najmniej wykształcenie zawodowe. Zakres zadań związany będzie przede wszystkim z utrzymaniem odpowiednich warunków pobytu dzieci i sprawnym funkcjonowaniem placówki.

W przypadku wszystkich stanowisk wymagany jest komplet dokumentów aplikacyjnych. Te znajdują się na stronie internetowej samorządu. Oferty można składać osobiście lub przesyłać do Urzędu Gminy w Kochanowicach. Gmina zastrzega, że dokumenty dostarczone po czasie lub niekompletne nie będą rozpatrywane.

CZYTAJ DALEJ

Kochanowice

Pozyskali grant i zainwestowali w kulturę. W Kochanowicach nowy sprzęt czeka już na pierwsze wydarzenia

Opublikowany

,

Piotr Biernacki
fot. Gminne Centrum Kultury i Informacji w Kochanowicach

Gminne Centrum Kultury i Informacji w Kochanowicach wzbogaciło się o nowoczesny sprzęt, który ma poprawić jakość organizowanych tam wydarzeń, zajęć i warsztatów. Do placówki trafił kompletny zestaw nagłośnieniowy oraz projektor multimedialny. Zakupy były możliwe dzięki pozyskanemu dofinansowaniu w wysokości 50 tys. zł.

Nowe wyposażenie dotarło do GCKiI w ubiegłym tygodniu. Sprzęt został zakupiony w ramach zadania dofinansowanego z rządowego programu „Infrastruktura domów kultury”, finansowanego ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury.

– Dla placówki oznacza to przede wszystkim większe możliwości techniczne podczas organizacji lokalnych wydarzeń. Nowe nagłośnienie będzie wykorzystywane między innymi podczas koncertów, przedstawień, prób, warsztatów i zajęć prowadzonych w centrum. Projektor ma z kolei poprawić oprawę wizualną spotkań, prezentacji i wydarzeń wymagających wykorzystania materiałów multimedialnych – informują przedstawiciele instytucji.

Zakup sprzętu ma nie tylko unowocześnić zaplecze techniczne GCKiI, ale także pozwolić na przygotowywanie wydarzeń na wyższym poziomie pod względem jakości dźwięku i obrazu. Z nowego wyposażenia będą korzystać zarówno instruktorzy i uczestnicy zajęć, jak i mieszkańcy biorący udział w organizowanych przez placówkę imprezach.

CZYTAJ DALEJ

Kochanowice

Lubecko będzie świętować 800-lecie z rozmachem. Zabytkowe traktory, konkurs orki i dwa dni atrakcji

Opublikowany

,

Piotr Biernacki
fot. Starostwo Powiatowe w Lublińcu

To będzie jeden z większych plenerowych weekendów tego lata w powiecie lublinieckim. Lubecko zaprasza mieszkańców i gości na wyjątkowe obchody 800-lecia miejscowości, połączone z jubileuszowym, bo dziesiątym Konkursem Orki „Wspomnienie św. Izydora Oracza”. W programie znalazły się widowiskowe zmagania rolników, parada zabytkowych traktorów, koncerty, występy artystyczne, rodzinne atrakcje i wydarzenia przypominające bogatą historię miejscowości.

Świętowanie odbędzie się 8 i 9 sierpnia na terenie przy ulicy Lipskiej. Organizatorzy – Stowarzyszenie Miłośników Ratowania Starej Techniki oraz Sołectwo Lubecko – przygotowali program, który łączy lokalne tradycje z nowoczesną formą rodzinnego pikniku.

Sobotnie wydarzenia rozpoczną się o godz. 13.00 zapisami uczestników X Jubileuszowego Konkursu Orki. Godzinę później wystartuje rywalizacja, podczas której swoje umiejętności zaprezentują zarówno doświadczeni rolnicy, jak i młodzi pasjonaci. Organizatorzy przewidzieli kilka kategorii, w tym dla dużych i małych ciągników, „esioków” oraz uczestników poniżej 18. roku życia.

Po sportowo-rolniczych emocjach przyjdzie czas na scenę. Wystąpi Orkiestra z Rusinowic, duet Monika i Leszek Filec oraz zespół Travers. Wieczór zakończy zabawa taneczna z DJ-em.

Na najmłodszych przez cały dzień czekać będą dmuchańce, malowanie twarzy, kolorowe tatuaże, warkoczyki i piana party. Miłośnicy historii będą mogli zwiedzić wystawę przygotowaną z okazji 800-lecia Lubecka oraz ekspozycję zabytków techniki.

Niedziela upłynie pod znakiem obchodów jubileuszu 800-lecia miejscowości. O godz. 12.00 przy Sanktuarium Matki Bożej Lubeckiej odprawiona zostanie uroczysta msza święta, której wyjątkową oprawę stworzą zabytkowe traktory zgromadzone wokół świątyni.

Po nabożeństwie uczestnicy przejdą na plac festynowy, gdzie odbędzie się oficjalna część uroczystości. Zaplanowano powitanie gości, okolicznościowe przemówienia, prezentację historii Lubecka oraz występy uczniów miejscowej szkoły podstawowej. Nie zabraknie także słodkiej niespodzianki.

O godz. 14.00 poznamy zwycięzców Konkursu Orki. Następnie publiczność zobaczy widowiskowy pokaz baniek mydlanych, a na scenie pojawią się zespoły – Za Młodzi na Sen i Terrarium.

Finał obchodów będzie miał wyjątkowy charakter. O godz. 18.00 amatorska grupa teatralna pod kierownictwem ks. Tomasza Hajoka zaprezentuje spektakl „Łostuda, czyli jak to się wszystko zaczęło w Lubecku”, inspirowany historią miejscowości.

Organizatorzy podkreślają, że jubileusz ma być nie tylko okazją do wspomnień, ale przede wszystkim do wspólnego świętowania. Konkurs Orki, zabytkowe maszyny, koncerty, wystawy i liczne atrakcje dla dzieci sprawiają, że program został przygotowany z myślą o całych rodzinach.

Dwudniowe wydarzenie ma przypomnieć o rolniczych korzeniach Lubecka i jednocześnie pokazać, że licząca osiem wieków miejscowość wciąż potrafi integrować mieszkańców wokół swojej historii i tradycji.

CZYTAJ DALEJ

Kochanowice

Nowy żłobek w Kochanowicach gotowy na przyjęcie dzieci. Powstał w niespełna rok

Opublikowany

,

Piotr Biernacki
fot. Urząd Gminy Kochanowice

Kochanowice mają nowy gminny żłobek. Uroczyste otwarcie placówki zgromadziło przedstawicieli władz państwowych, wojewódzkich i samorządowych, mieszkańców, a przede wszystkim rodziców oraz dziadków z dziećmi. Obiekt został przygotowany z myślą o czterdzieściorgu najmłodszych mieszkańcach gminy.

Po oficjalnym przecięciu wstęgi żłobek został poświęcony, a uczestnicy wydarzenia mogli zobaczyć jego wnętrza i wyposażenie. Organizatorzy zadbali również o rodzinny charakter spotkania. Na gości czekał słodki poczęstunek, natomiast dla dzieci przygotowano zabawy z animatorkami, dmuchańce, watę cukrową oraz finałowe piana party.

Inwestycja kosztowała blisko 3 mln zł i została w całości sfinansowana ze środków publicznych w ramach programu „Aktywny Maluch”. Pieniądze pochodziły z Krajowego Planu Odbudowy, budżetu państwa oraz funduszy unijnych.

Władze gminy podkreślają, że realizacja zadania była dużym wyzwaniem organizacyjnym i inwestycyjnym. Budowa wraz z pełnym wyposażeniem obiektu została zakończona w niespełna rok.

– Mam głęboką nadzieję, że nowo otwarty obiekt spełni oczekiwania rodziców, a dzięki wykwalifikowanej kadrze maluchy znajdą w nim bezpieczne miejsce, w którym będą się czuły zaopiekowane, gdzie będą mogły zdrowo się rozwijać i nawiązywać nie tylko rówieśnicze relacje – przekazały wójt gminy Kochanowice.

Podczas uroczystości dziękowano ministerstwu oraz Śląskiemu Urzędowi Wojewódzkiemu za pozytywne rozpatrzenie wniosku i przyznanie pełnego finansowania, a także pracownikom Urzędu Gminy Kochanowice odpowiedzialnym za prowadzenie inwestycji. Słowa uznania skierowano również do firmy, która odpowiadała za budowę i wyposażenie placówki.

Otwarcie żłobka ma zwiększyć dostępność opieki nad najmłodszymi dziećmi i ułatwić rodzicom powrót do aktywności zawodowej. Gmina zapowiada, że nabór do placówki rozpocznie się wkrótce. Do tego czasu zainteresowani rodzice mogą już kontaktować się z miejscowym urzędem gminy.

Nowa placówka ma być nie tylko odpowiedzią na potrzeby młodych rodzin, lecz także kolejnym elementem rozwijanej w gminie polityki społecznej.

CZYTAJ DALEJ

Kochanowice

Sto sześć lat Berty Pyki. Najstarsza mieszkanka gminy świętowała wyjątkowy jubileusz

Opublikowany

,

Piotr Biernacki
fot. Urząd Gminy Kochanowice

Berta Pyka z Pawełek obchodziła 4 lipca swoje 106. urodziny. Najstarsza mieszkanka gminy przyjmowała tego dnia bukiety kwiatów, serdeczne życzenia i gratulacje. Z wizytą u jubilatki pojawił się również wójt Kochanowic.

Pani Berta urodziła się w Pawełkach i z tą miejscowością była związana przez całe życie. Tutaj dorastała, pracowała i przez dziesięciolecia uczestniczyła w życiu lokalnej społeczności. Pozostała panną, a zawodowo była związana z sanatorium w Kochcicach, gdzie pracowała w kuchni oraz jako krawcowa.

Szczególne miejsce w jej życiu zajmował kościółek w Pawełkach. Przez wiele lat troszczyła się o jego wystrój. Przynosiła do świątyni kwiaty z własnego ogródka, a także wyszywała obrusy, które służyły miejscowej wspólnocie. Była to cicha, codzienna praca, wykonywana z zaangażowaniem i przywiązaniem do rodzinnej miejscowości.

Dziś pani Berta ma trudności z samodzielnym poruszaniem się, jednak może liczyć na opiekę najbliższych. Gdy tylko pozwalają na to pogoda i samopoczucie, wyjeżdża na wózku przed dom, by spędzić czas na świeżym powietrzu.

Rodzina podkreśla, że jubilatka stara się zdrowo odżywiać i mimo sędziwego wieku zachowuje pogodę ducha. Nie rezygnuje jednak z drobnych przyjemności. Jedną z nich jest nutella, której pani Berta jest wielką miłośniczką.

W dniu urodzin z życzeniami pospieszył także wójt Jacek Mokros. Przekazał jubilatce kwiaty oraz wyrazy szacunku z okazji osiągnięcia tak wyjątkowego wieku.

– 106. urodziny pani Berty były nie tylko rodzinnym świętem, ale również ważnym wydarzeniem dla całej lokalnej społeczności. Tak niezwykły jubileusz jest okazją do wyrażenia wdzięczności za długie życie, pracę i obecność wśród kolejnych pokoleń mieszkańców Pawełek – podkreślił włodarz na swoim profilu facebookowym.

CZYTAJ DALEJ

Kochanowice

Absolutorium tak, wotum zaufania nie. Wójt Kochanowic próbował osłodzić trudny wynik

Opublikowany

,

Piotr Biernacki
fot. Archiwum Jacka Mokosa/Facebook

Sesja Rady Gminy Kochanowice z 30 czerwca przyniosła Jackowi Mokrosowi dwa różne rozstrzygnięcia. Wójt otrzymał absolutorium z wykonania budżetu za 2025 rok, ale nie uzyskał wotum zaufania. I choć w późniejszym komentarzu próbował mocno eksponować ten pierwszy fakt, politycznie ważniejszy okazał się jednak ten drugi.

Oba głosowania dotyczą różnych ocen. Absolutorium odnosi się przede wszystkim do wykonania budżetu, czyli tego, czy dochody, wydatki, inwestycje i zobowiązania były realizowane zgodnie z uchwałą budżetową oraz przepisami. Wotum zaufania ma szerszy charakter. Jest udzielane po debacie nad raportem o stanie gminy i obejmuje ocenę całorocznej działalności wójta, kierunku zarządzania samorządem, realizacji polityk, programów i strategii oraz relacji z radą i mieszkańcami.

Absolutorium zostało poprzedzone pozytywną opinią komisji rewizyjnej oraz Regionalnej Izby Obrachunkowej w Katowicach. Radni zaakceptowali więc sposób wykonania budżetu. To dla wójta ważny argument, szczególnie że na sesji podkreślał rozwój gminy, pozyskiwanie dotacji celowych, nadwyżkę budżetową i środki na kolejne inwestycje.

Tyle że tego samego dnia rada nie udzieliła mu wotum zaufania po debacie nad raportem o stanie gminy. Za głosowało tylko czworo radnych, przeciw była dwójka, a aż dziewięcioro wstrzymało się od głosu.

Formalnie przeciwników było więc niewielu. Politycznie jednak trudno uznać taki wynik za sukces. Dziewięć głosów wstrzymujących się przy wotum zaufania nie jest wyrazem poparcia, lecz dystansu. Tym bardziej że w tym głosowaniu potrzebna jest bezwzględna większość ustawowego składu rady. W praktyce oznacza to, że głosy wstrzymujące się również utrudniają uzyskanie wotum, bo nie budują wymaganej większości „za”.

Dlatego komentarz Jacka Mokrosa po sesji brzmiał jak próba zaczarowania rzeczywistości i osłodzenia trudnego dla niego rozstrzygnięcia. Wójt dziękował za niemal jednogłośne poparcie przy absolutorium, a wynik głosowania nad wotum zaufania przedstawił jako dający „nadzieję na dobrą współpracę także w przyszłości”. Taka interpretacja może być wygodna komunikacyjnie, ale nie zmienia sedna sprawy. Wotum zaufania nie było.

Dodatkowo, jak wynika z przebiegu obrad, Mokros opuścił salę na czas głosowania nad wotum zaufania. Można więc domniemywać, że taki finał nie był dla niego całkowitym zaskoczeniem. Trudno bowiem uznać nieobecność w tak istotnym momencie sesji za politycznie obojętny szczegół.

Czy to coś zmienia od razu? Nic. Jednorazowy brak wotum zaufania nie oznacza automatycznie żadnych personalnych konsekwencji dla włodarza. Jest jednak formalnym ostrzeżeniem. Politycznie dopiero drugi brak wotum zaufania z rzędu oznaczałby już wejście w zupełnie inną fazę relacji między wójtem a radą. Na razie Jacek Mokros może mówić o obronionym budżecie. O mocnym mandacie zaufania ze strony rady – już nie.

A co będzie za rok? To zależy nie tylko od samego raportu o stanie gminy, ale też od tego, czy przez najbliższe miesiące wójt zdoła odbudować większość albo przynajmniej zmniejszyć dystans tych radnych, którzy obecnie nie chcieli udzielić mu politycznego poparcia. Jeżeli podobny wynik się powtórzy, rada zyska możliwość uruchomienia procedury referendalnej. Będzie to jednak broń obosieczna. W referendum ryzykowałby wójt, ale w określonych warunkach także sama rada. 

Gdyby mieszkańcy w ważnym głosowaniu stanęli po stronie Jacka Mokrosa, koszt takiej decyzji mógłby wrócić do radnych – rada z mocy prawa zostałaby rozwiązana. Dlatego bieżący rok w Kochanowicach nie będzie już wyłącznie czasem realizacji budżetu i inwestycji. Będzie także sprawdzianem, czy po tej sesji strony potrafią jeszcze współpracować, czy jedynie odliczają czas do następnego przesilenia.

CZYTAJ DALEJ

Kochanowice

Samorząd, który chciał więcej, niż realnie pozwolił na to budżet

Opublikowany

,

Piotr Biernacki
fot. Google Street View

Co pokazuje raport o stanie gminy Kochanowice za ubiegły rok? Pokazuje samorząd, który próbuje budować dłuższą opowieść o rozwoju. W tej opowieści są kanalizacja, drogi, zabytki w Kochcicach, żłobek, fotowoltaika i spore pieniądze pozyskane z zewnątrz. Ale są też mniej efektowne przypisy, jak inwestycje wykonane znacznie poniżej planu, dług przekraczający 16 mln zł czy słabsze dochody majątkowe. To nie jest skądinąd raport o gminie w kryzysie, ale raczej zapis roku, w którym ambicje były duże, a rzeczywistość kazała je jednak rozłożyć w czasie.

Najpierw trzeba spojrzeć na finanse, bo to one porządkują cały obraz. Po zmianach budżetowych gmina planowała dochody na poziomie ponad 72,7 mln zł, a wydatki w wysokości przeszło 75,1 mln zł. Wykonanie okazało dużo się niższe. Dochody zamknęły się kwotą 61,6 mln zł, wydatki wyniosły niespełna 61 mln zł. Na koniec roku zamiast deficytu pojawiła się nadwyżka w wysokości 643,5 tys. zł.

Na pierwszy rzut oka wygląda to jak bezpieczne lądowanie. Warto jednak czytać ten wynik z dopiskiem. Na końcowy rezultat wyraźnie wpłynął zwrot podatku VAT z inwestycji realizowanych w poprzednich latach. To ponad 4 mln zł, a więc kwota, która potrafi istotnie poprawić roczne zestawienie. Nie jest to jednak dochód powtarzalny, który można co roku wpisywać po stronie stabilnych wpływów. Budżet został więc domknięty korzystnie, ale nie dlatego, że wszystkie zakładane strumienie pieniędzy popłynęły zgodnie z planem.

Najlepiej widać to przy dochodach majątkowych. Zaplanowano je na poziomie 18,8 mln zł, wykonano w wysokości 8,18 mln zł. To nieco ponad 43 proc. planu.

Podobnie wygląda sprawa wydatków majątkowych. Po zmianach budżetowych przewidziano je na kwotę 26,2 mln zł. Faktyczne wykonanie wyniosło 14,32 mln zł, czyli niespełna 55 proc. Tę liczbę można czytać dwojako. Optymista powie, że ponad 14 mln zł inwestycji w gminie tej wielkości to dużo. I będzie miał rację. Sceptyk zauważy, że prawie połowa planu nie została wykonana. I też będzie miał rację.

 

Najbardziej podstawowym i jednocześnie najważniejszym kierunkiem rozwoju była gospodarka wodno-ściekowa. Rozbudowa kanalizacji w ramach ochrony dorzecza Górnej Liswarty objęła Ostrów, Lubockie oraz fragmenty Kochanowic, między innymi rejon ulic Ostrowskiej i Lubockiej. W planie jest 4,4 kilometrów kanalizacji sanitarnej i 106 przydomowych pompowni ścieków. Wartość zadania to 8,34 mln zł, przy 7,6 mln zł dofinansowania z tzw. „Polskiego Ładu”. 

Drugim dużym polem pozostają drogi. W 2025 roku zakończono budowę ulicy Ogrodowej w Kochcicach wraz ze ścieżką pieszo-rowerową. Kosztowała blisko 2,97 mln zł, a 95 proc. kosztów kwalifikowanych pokryło także dofinansowanie z „Polskiego Ładu”. Wydatki pojawiły się również przy przebudowie ulic Stawowej, Kolonijnej, Polnej i Tylnej, gdzie wykonanie przekroczyło 1,6 mln zł. Obok tego jest jeszcze drogowa codzienność, zwykle mniej widoczna, ale dobrze znana mieszkańcom – remonty cząstkowe, zimowe utrzymanie, oznakowanie, kruszywo, koszenie poboczy, naprawy i bieżące łatanie lokalnej infrastruktury. Na te prace poszło ponad 643 tys. zł.

Szczególne miejsce w raporcie zajmują Kochcice i zabudowania związane z dawnym majątkiem Ludwika von Ballestrema. Tu widać ambicję wykraczającą poza bieżące remonty. Gmina próbuje zbudować wokół tego miejsca opowieść o historii, turystyce, kulturze i usługach społecznych. W Żółtym Folwarku powstała wystawa multimedialna w dawnej gorzelni, poświęcona życiu i produkcji żywności w dawnym folwarku. Koszt zadania określono na 2,99 mln zł, z czego 2,77 mln zł sfinansowano z „Polskiego Ładu”.

Równolegle pojawia się Rządcówka w Kochcicach. Na pierwszym etapie chodziło o zabezpieczenie budynku, wymianę zdegradowanych stropów, konstrukcji dachu i pokrycia. W kolejnych planach jest termomodernizacja i adaptacja obiektu na dzienny dom pobytu seniorów. To ważny kierunek, bo pokazuje, że zabytek nie ma być tylko odmalowaną fasadą do oglądania z zewnątrz. Ma dostać funkcję. A funkcja społeczna, zwłaszcza skierowana do seniorów, może w najbliższych latach okazać się równie istotna jak konserwatorska wartość samego obiektu.

Kolejnym elementem inwestycyjnej układanki była energetyka. Gmina pozyskała środki na instalacje fotowoltaiczne wraz z magazynami energii dla 23 obiektów publicznych – szkół, budynków OSP, oczyszczalni ścieków czy ujęć wody. W raporcie wskazano dofinansowanie na poziomie 1,46 mln zł, a w zestawieniu projektowym pojawia się także umowa przekraczająca 2,5 mln zł w ramach Funduszy Europejskich dla Śląskiego. Zadanie ma zostać zakończone do końca czerwca.

Właśnie zależność od środków zewnętrznych jest jednym z głównych motywów raportu. Kochanowice sięgały po pieniądze z różnych źródeł – wspomnianego „Polskiego Ładu”, środków unijnych czy programów regionalnych. Bez nich skala inwestycji byłaby zdecydowanie mniejsza. W dochodach majątkowych zaplanowano 18,81 mln zł, wykonano 8,18 mln zł. Same dotacje i środki przeznaczone na inwestycje wykonano na poziomie 7,98 mln zł. To pokazuje, że rozwój gminy jest mocno powiązany z konkursami, harmonogramami, oceną wniosków i decyzjami zapadającymi poza Kochanowicami.

Nie wszystkie starania zakończyły się powodzeniem. W raporcie odnotowano odrzucone wnioski dotyczące między innymi modernizacji sieci wodociągowej oraz ochrony dorzecza Górnej Liswarty, każdy na kwotę 3 mln zł. Jednocześnie są projekty, przy których podpisano umowy albo które znalazły się na etapie finalizowania dokumentów. Dotyczy to między innymi termomodernizacji Rządcówki, projektu „Dobry start dla przedszkolaków”, e-administracji, rozwoju szkół, efektywności energetycznej budynków użyteczności publicznej oraz fotowoltaiki z magazynami energii.

Ale przy każdym ambitnym planie wraca pytanie o dług. Na koniec 2025 roku zadłużenie Kochanowic wynosiło 16,38 mln zł. W tej kwocie 4,69 mln zł stanowiły kredyty i pożyczki, a 11,69 mln zł papiery wartościowe. Relacja długu do dochodów, według wskaźnika podanego w raporcie, wyniosła 32,53 proc. To jeszcze nie jest poziom, który każe bić na alarm. Jest jednak wystarczająco istotny, by przy kolejnych inwestycjach zachować chłodną głowę. Zwłaszcza że sama obsługa długu kosztowała w 2025 roku niemal 1,1 mln zł.

Ważnym zabezpieczeniem pozostaje nadwyżka operacyjna. Dochody bieżące były wyższe od wydatków bieżących o 6,78 mln zł. To jeden z najistotniejszych wskaźników, bo pokazuje, czy gmina ma oddech w codziennym funkcjonowaniu. Kochanowice taki oddech zachowały. Ale równocześnie budżet musi obsługiwać koszty stałe, zadłużenie, bieżące utrzymanie infrastruktury i wkłady własne do inwestycji. Wynagrodzenia i pochodne przekroczyły 25,6 mln zł.

Raport pokazuje też, że fundusz sołecki pozostaje ważnym narzędziem małych, lokalnych zmian. W 2025 roku wydano z niego ponad 312 tys. zł. To nie są kwoty porównywalne z kanalizacją czy drogami, ale dla poszczególnych miejscowości mają znaczenie. Rozbudowa oświetlenia w Pawełkach, doposażenie placu zabaw w Kochcicach, remont kuchni w Domu Spotkań w Lubockiem, zagospodarowanie terenów przy budynku wielofunkcyjnym w Lubecku, ogrodzenie placu zabaw w Kochanowicach czy zakup wyposażenia dla Jawornicy. Takie zadania nie zmieniają całej gminy naraz, ale zmieniają najbliższe otoczenie mieszkańców.

Najuczciwiej można byłoby powiedzieć, że rok 2025 był dla Kochanowic rokiem kilku frontów. Część inwestycji było już widać, część się dopiero pokaże, część będzie wymagała konsekwencji w kolejnych budżetach. Najważniejsze pytanie nie brzmi dziś, czy gmina ma pomysł na rozwój? Raport pokazuje, że ma ich nawet kilka. Pytanie brzmi, czy uda się je poukładać tak, by ambicja szła w parze z rzeczywistymi możliwościami.

CZYTAJ DALEJ

Kochanowice

Mundurowi odwiedzili szkołę i przedszkole w Lubecku. To przedwakacyjna profilaktyka

Opublikowany

,

Piotr Biernacki
fot. Komenda Powiatowa Policji w Lublińcu

Wakacje coraz bliżej, a wraz z nimi czas wyjazdów, zabawy na świeżym powietrzu, wypoczynku nad wodą i większej samodzielności dzieci. Dlatego policjanci z Komendy Powiatowej Policji w Lublińcu prowadzą spotkania profilaktyczne w szkołach i przedszkolach na terenie powiatu, przypominając najmłodszym o zasadach, które mogą uchronić ich przed niebezpiecznymi sytuacjami.

W minioną środę funkcjonariusz zespołu do spraw nieletnich i patologii lublinieckiej komendy oraz dzielnicowy gminy Kochanowice odwiedzili uczniów Szkoły Podstawowej w Lubecku. Spotkanie było poświęcone bezpiecznemu spędzaniu wolnego czasu w okresie letnim, kiedy dzieci częściej przebywają poza domem, korzystają z atrakcji na świeżym powietrzu i samodzielnie poruszają się po najbliższej okolicy.

– Mundurowi rozmawiali z uczniami między innymi o bezpieczeństwie nad wodą, właściwym zachowaniu na drogach oraz zasadach odpowiedzialnego korzystania z internetu. Przypominali, że wakacyjna swoboda nie zwalnia z ostrożności, a chwila nieuwagi może prowadzić do groźnych konsekwencji – informuje biuro prasowe lublinieckiej policji.

Szczególną uwagę policjanci zwrócili także na kontakty z osobami nieznajomymi. Dzieci usłyszały, jak reagować w sytuacjach budzących niepokój, dlaczego nie należy ufać przypadkowo poznanym osobom oraz jak ważne jest informowanie dorosłych o miejscach, w których się przebywa.

Funkcjonariusze odwiedzili również przedszkolaków z Lubecka. Najmłodszym mieszkańcom w przystępny sposób przypomnieli podstawowe zasady bezpiecznej zabawy w domu, na podwórku i podczas spacerów. Dzieci dowiedziały się także, jak powinny zachować się w razie zagubienia oraz do kogo zwrócić się o pomoc.

Takie spotkania mają szczególne znaczenie właśnie przed wakacjami. To czas, w którym dzieci zyskują więcej wolności, ale jednocześnie częściej mogą znaleźć się w sytuacjach wymagających rozsądku i szybkiej reakcji. Policyjna profilaktyka ma pomóc im rozpoznawać zagrożenia i podejmować bezpieczne decyzje.

Mundurowi apelują również do rodziców i opiekunów, by przed rozpoczęciem letniego wypoczynku rozmawiali z dziećmi o bezpieczeństwie. Warto przypomnieć im zasady poruszania się po drogach, zachowania nad wodą, korzystania z Internetu oraz kontaktu z nieznajomymi.

CZYTAJ DALEJ

Kochanowice

Dotarli na Monte Cassino, uratowali audiencję w Watykanie i nagłośnili walkę Laury

Opublikowany

,

Piotr Biernacki
fot. Traktorowi Podróżnicy

To była wyprawa, która od początku brzmiała jak szaleństwo. Zabytkowe traktory, tysiące kilometrów, Alpy, upały, deszcz, awarie, niepewność i cel, który miał w sobie coś więcej niż tylko podróżniczą ambicję. Traktorowi Podróżnicy dojechali do Monte Cassino, dotarli do Rzymu i dopięli misję, która przez moment wisiała na włosku. Najważniejsze jednak, że cała trasa od początku była podporządkowana jednej sprawie – nagłośnieniu zbiórki i walki małej Laury.

W ostatnich dniach wyprawa nabrała niemal filmowego tempa. Po wcześniejszych problemach organizacyjnych i urzędniczych trudnościach ekipa zdecydowała się na manewr, który pozwolił zrealizować wszystkie cele. Podróżnicy podzielili się na dwie grupy. Jedna ruszyła na Monte Cassino, druga do Rzymu, by ratować sprawę audiencji w Watykanie.

– Kiedy napotkaliśmy na urzędniczy mur, postanowiliśmy jedno – nie poddamy się bez walki – relacjonowali uczestnicy wyprawy.

Jedna część ekipy, czterech z jedenastki traktorzystów, dotarła na historyczne wzgórze. Monte Cassino dla Polaków jest miejscem szczególnym, symbolem ofiary, odwagi i pamięci. Podróżnicy stanęli na polskim cmentarzu wojennym i oddali hołd żołnierzom, którzy zapisali tam jedną z najważniejszych kart polskiej historii.

– Zdobyliśmy Monte Cassino. Stanęliśmy na polskim cmentarzu, oddaliśmy hołd naszym bohaterom i spełniliśmy jedną z najważniejszych misji naszej wyprawy – podkreślili w meldunku z trasy.

W tym samym czasie druga grupa walczyła o to, co jeszcze dzień wcześniej wydawało się niemal niemożliwe. Po problemach z formalnościami uczestnicy ruszyli do Ambasady RP w Rzymie. Tam przedstawili historię wyprawy, jej cel i charytatywny wymiar. Jak sami relacjonują, dzięki zaangażowaniu Domu Polskiego Jana Pawła II oraz pracowników placówki dyplomatycznej udało się uratować to, na czym bardzo im zależało.

– Urzędnicze niedogodności zostały pokonane i czekała nas oficjalna audiencja u papieża – przekazali.

Ten finał miał dla nich wyjątkowe znaczenie. Po dniach jazdy na starych maszynach, po walce z awariami, zmęczeniem i pogodą, udało się połączyć dwa wielkie cele. To obecność na Monte Cassino i dotarcie do Watykanu. W ich relacji pobrzmiewała ulga, ale też poczucie, że cała wyprawa miała głębszy sens.

– To był dzień absolutnych cudów. Pokonaliśmy przeciwności losu, w jednym momencie zdobywając Monte Cassino i odzyskując przepustkę do Watykanu – napisali.

Nie chodziło jednak wyłącznie o trasę, maszyny i emocjonujący finał. Od początku wyprawa była związana ze zbiórką dla Laury (tutaj). To dla niej Traktorowi Podróżnicy jechali przez pół Europy, budując wokół akcji zainteresowanie, angażując kibiców i przypominając, że za każdą efektowną podróżą stoi bardzo konkretna historia dziecka walczącego o zdrowie. 

– Lauro, ta wyprawa była dla ciebie – napisali wprost w ostatnim meldunku.

To zdanie najlepiej pokazuje sens całego przedsięwzięcia. Zabytkowe traktory stały się nie tylko symbolem pasji i uporu, ale też narzędziem do zwrócenia uwagi na potrzebującą dziewczynkę. Każdy kilometr, każda awaria i każdy post z trasy miały przypominać o zbiórce.

– Pokonaliśmy na tych starych traktorach pół Europy, żeby pokazać ci, że nie ma na tym świecie rzeczy niemożliwych – zwrócili się bezpośrednio do Laury.

Ich wyprawa od początku wymagała determinacji. Stare maszyny nie dawały gwarancji spokojnej jazdy. Na trasie pojawiały się awarie, zmęczenie, zmienna pogoda i upały. Do tego doszły formalne przeszkody, które mogły zniweczyć część planów. Ostatecznie jednak podróżnicy nie tylko dojechali do najważniejszych miejsc, ale również utrzymali ogromne zainteresowanie swoją akcją.

– Mimo przeciwności losu, awarii, morderczych upałów i urzędniczych kłód rzucanych pod koła, zrealizowaliśmy absolutnie wszystkie założone cele – podsumowali.

Ważnym elementem całego przedsięwzięcia był także powrót maszyn do Polski. Jak wyjaśnili, logistyką transportu zabytkowych traktorów zajęła się spółka Eko-Okna – główny partner wyprawy. Bez takiego wsparcia powrót stalowych maszyn do kraju byłby kolejnym dużym wyzwaniem organizacyjnym.

– Logistyka takiego przedsięwzięcia to gigantyczne wyzwanie, a wy zdjęliście ten ciężar z naszych barków – dziękowali partnerom.

Słowa wdzięczności skierowali również do kibiców, darczyńców i ludzi spotkanych po drodze. To oni tworzyli wokół wyprawy atmosferę, która w ostatnich dniach była równie ważna jak paliwo w bakach traktorów. Udostępnienia, komentarze, wpłaty na zbiórkę, pomoc na trasie i zwykłe dobre słowa budowały poczucie, że za kilkoma maszynami jedzie znacznie większa społeczność.

– Dziękujemy za każdą wpłaconą złotówkę na skarbonkę Laury. Wasze wielkie serca to najpotężniejsze paliwo tej wyprawy – napisali.

Traktorowa misja dobiegła końca, ale jej najważniejszy cel trwa nadal. Maszyny stygną po drodze do Rzymu i na Monte Cassino, jednak walka o zdrowie Laury nie zatrzymuje się wraz z końcem trasy. Właśnie dlatego ta wyprawa była czymś więcej niż podróżą grupy pasjonatów. Była opowieścią o uporze, solidarności i przekonaniu, że nawet najbardziej niecodzienny pomysł może stać się skutecznym sposobem na czynienie dobra.

Dotarli na Monte Cassino. Dotarli do Rzymu. Uratowali audiencję w Watykanie. Jednak najważniejsze, że dowieźli ze sobą historię Laury i sprawili, że usłyszało ją znacznie więcej osób.

CZYTAJ DALEJ

Kochanowice

Kochanowice chcą otworzyć drzwi dla inwestorów. Gmina podpisała porozumienie

Opublikowany

,

Piotr Biernacki
fot. Katowicka Specjalna Strefa Ekonomiczna

Gmina Kochanowice chce mocniej wspierać lokalny biznes i aktywniej zabiegać o nowe inwestycje. 10 czerwca samorząd podpisał porozumienie o współpracy z Katowicką Specjalną Strefą Ekonomiczną. To ważny krok w kierunku budowania lepszych warunków dla przedsiębiorców działających na terenie gminy oraz tych, którzy w przyszłości mogliby tu ulokować swój kapitał.

Porozumienie zakłada wspólne i skoordynowane działania gminy oraz KSSE między innymi w zakresie pozyskiwania terenów inwestycyjnych, ich rekomendowania potencjalnym inwestorom, a także promowania rozwiązań skierowanych do małych i średnich firm. Współpraca ma obejmować również wymianę informacji o możliwościach pozyskiwania wsparcia finansowego na rozwój działalności gospodarczej.

Dla przedsiębiorców może to oznaczać bardzo konkretne korzyści. 

– Współpraca daje firmom szansę na uzyskanie zwolnienia w podatku dochodowym. W przypadku inwestycji o wartości co najmniej 800 tys. zł kwota zwolnienia może wynieść równowartość 60 proc. nakładów poniesionych na rozwój. Co istotne, przedsiębiorca może korzystać z tej ulgi częściowo, nawet przez okres do 14 lat od momentu rozpoczęcia inwestycji – zaznacza wójt Jacek Mokros.

Podpisanie porozumienia odbyło się w budynku Żółtego Folwarku podczas spotkania przedstawicieli KSSE z właścicielami firm z terenu gminy. Była to nie tylko formalna uroczystość, ale również okazja do bezpośredniej rozmowy o możliwościach rozwoju lokalnej przedsiębiorczości.

W trakcie spotkania swoje propozycje wsparcia dla przedsiębiorców przedstawili także pracownicy Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, klaster przedsiębiorców z województwa śląskiego oraz banków. 

CZYTAJ DALEJ

Kochanowice

Do Rzymu dojechali, ale watykański finał rozsypał się na dwie godziny przed startem. Co zawiodło?

Opublikowany

,

Piotr Biernacki
fot. Traktorowi Podróżnicy/Facebook

Mieli wjechać w sobotę do Watykanu. Nie limuzynami, nie autokarami, nie pod eskortą wygodnych delegacji, ale na starych, zabytkowych traktorach, które przez tysiące kilometrów udowadniały, że pasja, upór i serce potrafią więcej niż niejeden perfekcyjny plan zrobiony przy biurku. Finał miał być symboliczny: Plac św. Piotra, audiencja u papieża i moment, który spiąłby całą drogę i akcję dla Laury piękną klamrą. Do tego finału jednak nie doszło.

Nie dlatego, że zawiodły maszyny, zabrakło sił, czy że trasa przez pół Europy okazała się ponad ich możliwości. Zawiodło coś znacznie bardziej prozaicznego i znacznie bardziej irytującego – formalności i zaniechanie po stronie urzędniczych struktur kościelnych.

– Kochani, meldunek wygląda zupełnie inaczej niż zwykle. Na licznikach naszych traktorów nie przybył od soboty ani jeden kilometr – napisali wczoraj Traktorowi Podróżnicy w swoim komunikacie na Facebooku. 

I od razu dodali, że od początku wyprawy jadą razem ze swoimi sympatykami, dlatego postanowili podzielić się z nimi „pełną prawdą”. Ta prawda jest dla nich bolesna. W sobotę miał nastąpić wielki finał w Watykanie. Maszyny były przygotowane, ludzie gotowi, emocje sięgały zenitu. Jak relacjonują uczestnicy, przez całą wyprawę mieli otrzymywać zapewnienia, że od strony formalnej wszystko zostało dopięte na ostatni guzik.

– Gwarantowano nam to dosłownie do wczoraj – podkreślili, a potem przyszło zderzenie ze ścianą. – Na dwie godziny przed planowanym wydarzeniem zderzyliśmy się z brutalną rzeczywistością. Okazało się, że oficjalne pismo zgłaszające naszą traktorową pielgrzymkę w Watykanie w magiczny sposób nigdy nie opuściło murów pewnych urzędowych gabinetów na naszym rodzimym Śląsku – napisali podróżnicy.

Trudno o bardziej gorzki paradoks. Sześćdziesięcioletnie traktory przejechały przez pół Europy, pokonały Alpy, deszcz, upał, zmęczenie i długie godziny w trasie. A kiedy cel był już na wyciągnięcie ręki, nie zatrzymała ich mechanika, tylko papier. A właściwie jego brak tam, gdzie powinien się znaleźć.

W tej historii najmocniej wybrzmiewa właśnie ten kontrast. Po jednej stronie ludzie, którzy zrobili coś nieoczywistego, trudnego i pięknego. Po drugiej – system, który w kluczowym momencie nie dowiózł najprostszej rzeczy – skutecznego przepływu dokumentów. Podróżnicy nie ukrywają rozgoryczenia. Ich zdaniem, gdyby sami zajęli się formalnościami, tak jak zajęli się całą logistyką wyprawy, „wszystko wypaliłoby idealnie i bez najmniejszego problemu”.

Najbardziej dosadnie brzmi jednak ich ocena tego, co naprawdę ich zatrzymało.

– Żadna mechaniczna awaria w trasie nie była w stanie nas zatrzymać. Ostatecznie okazało się, że jedyną zaporą nie do przejścia była… awaria dobrej woli i przepływu papierów na urzędniczych biurkach – napisali.

To zdanie może zostać symbolem całej sytuacji. Bo Traktorowi Podróżnicy nie przegrali z drogą, z dystansem, ani z własnymi ograniczeniami. Dojechali. Udowodnili, że da się zrealizować wyprawę, w którą wielu mogło nie wierzyć. 

– No cóż – zrobiliśmy im psikusa i dojechaliśmy! – jak sami ujęli to krótko i bez kompleksów.

Z ich relacji wynika, że mieli także poczucie braku wiary ze strony osób, które powinny im raczej pomagać niż powątpiewać. 

– Odnieśliśmy bardzo przykre wrażenie, że pewne wysoko postawione tam osoby od samego początku po prostu nie wierzyły w nas i w to, że na naszych 60-letnich, zabytkowych traktorach w ogóle damy radę pokonać tak potężną trasę i dojechać do celu – napisali.

To już nie jest tylko opowieść o niedopilnowanym piśmie. To historia o lekceważeniu oddolnej inicjatywy, która wymyka się schematom. O ludziach, którzy nie przyszli po gotowe, tylko sami zorganizowali wyprawę, zbudowali wokół niej emocje i wsparcie, pojechali w trasę, a na końcu zderzyli się nie z brakiem możliwości, lecz z brakiem skuteczności po stronie tych, którym zaufali.

Najważniejsze jest jednak to, że nie był to rajd dla samego rajdu. W centrum tej wyprawy od początku była mała Laura. To dla niej jechali, dla niej nagłaśniali akcję, dla niej zbierali wsparcie i uwagę ludzi. Dlatego nieudany watykański finał boli, ale nie odbiera sensu całej drodze.

– Nasz cel nadrzędny pozostaje niezmienny i nienaruszony, jedziemy tu dla małej Laury! (zbiórka tutaj – przyp.red.). Żadne biurokratyczne rzucanie kłód pod nogi, niedopatrzenia czy brak wiary ze strony „wielkich tego świata” nie odbiorą nam dumy z tego, ile wsparcia i nadziei udało nam się zebrać na jej leczenie. To jest nasze największe i prawdziwe zwycięstwo, którego nikt nam nie zabierze! – podkreślili podróżnicy.

I właśnie dlatego ta historia nie kończy się porażką. Tak, zawód jest ogromny, bo nie wjechali do Watykanu. Jednak jeśli mierzyć tę wyprawę nie protokołem, nie pieczątką i nie miejscem, do którego nie wpuszczono traktorów, lecz tym, co udało się zbudować po drodze, to obraz wygląda zupełnie inaczej.

Dojechali. Zebrali wokół siebie ludzi. Pokazali, że zabytkowy traktor może stać się symbolem solidarności, uporu i pomocy dziecku. A to, że na końcu zawiodły formalności, obciąża nie tych, którzy ruszyli w drogę, lecz tych, którzy mieli dopilnować, by ta droga mogła zakończyć się tak, jak zapowiadano.

Teraz Traktorowi Podróżnicy jadą dalej. Przed nimi Monte Cassino – miejsce szczególne, mocno wpisane w polską pamięć. 

– Nie zdejmujemy nogi z gazu – zapowiedzieli.

I chyba trudno o lepsze podsumowanie.

CZYTAJ DALEJ

Kochanowice

Traktorowi Podróżnicy mówią: „Buongiorno Italia” i odpalają konkurs. Do wygrania gadżety prosto z trasy

Opublikowany

,

Piotr Biernacki
fot. Traktorowi Podróżnicy/Facebook

Traktorowi Podróżnicy są już we Włoszech, walczą z upałem, kilometrami i wymagającymi podjazdami, ale nie zwalniają tempa. Wyprawa do Watykanu i na Monte Cassino od początku ma jeden najważniejszy cel – wsparcie zbiórki dla Laury Piechoty. Teraz postanowili dodatkowo rozkręcić akcję i podziękować tym, którzy kibicują im wirtualnie na każdym kilometrze. Ruszył konkurs dla fanów, w którym można zdobyć unikatowe gadżety z trasy.

Włoski etap to dla nich nie tylko kolejny fragment drogi, ale także jeden z najbardziej wymagających momentów całej podróży. Wysokie temperatury, które – jak relacjonują – powodują, iż w traktorach jest nawet 43°C, długie przejazdy i górskie odcinki dają się we znaki zarówno kierowcom, jak i maszynom. Jak sami podkreślają, ogromnym wsparciem są dla nich komentarze, wiadomości i doping osób śledzących wyprawę w internecie.

Właśnie z myślą o kibicach przygotowano specjalny konkurs. Do zdobycia są pakiety gadżetów Traktorowych Podróżników, a wśród nich prawdziwe pamiątki z wyprawy, jak koszulki z oryginalnymi podpisami wszystkich uczestników, magnes z Watykanu, personalizowane kubki, magnesy, długopisy oraz oficjalne naklejki. To nie są zwykłe upominki z półki, ale rzeczy związane z trasą, ludźmi i akcją, która od kilku dni przyciąga uwagę coraz większej liczby osób.

Zasady konkursu są proste, ale mają jeden bardzo ważny element – wsparcie zbiórki dla Laury. Aby wziąć udział, trzeba polubić konkursowy post (tutaj), udostępnić go na swoim profilu, wpłacić minimum 10 zł na skarbonkę Laury Piechoty w serwisie Siepomaga (tutaj) z dopiskiem „Traktorowy konkurs”, a następnie w komentarzu pod postem zamieścić screen potwierdzający wpłatę. Do tego dochodzi część kreatywna, bo uczestnicy mają wymyślić okrzyk na drogę, który doda traktorom i kierowcom mocy podczas najtrudniejszych włoskich podjazdów.

Spośród osób, które spełnią warunki, traktorowa komisja wybierze cztery najbardziej pomysłowe, energetyczne i dające kopa okrzyki. To właśnie do ich autorów trafią pakiety nagród. Organizatorzy czekają na komentarze, udostępnienia i wpłaty do 13 czerwca, do godz. 23:59.

Konkurs ma być zabawą, ale jego sens jest dużo poważniejszy. Każda wpłata zasila zbiórkę dla Laury, a podróżnicy od początku podkreślają, że właśnie to jest sercem całej wyprawy. Traktory, trasa, Watykan, Monte Cassino, włoskie podjazdy i internetowy doping są ważne, ale najważniejsza pozostaje pomoc. Dlatego nawet symboliczne 10 zł, jak piszą uczestnicy akcji, ma znaczenie.

Traktorowi Podróżnicy pokazują, że można jechać powoli, ale robić dużo dobrego. Ich wyprawa stała się czymś więcej niż nietypową podróżą przez Europę. To ruch ludzi, którzy kibicują, udostępniają, wpłacają, wymyślają hasła i razem niosą dalej informację o zbiórce. A teraz mogą jeszcze zgarnąć kawałek tej trasy dla siebie – pamiątki od ekipy, która jedzie dalej dla Laury.

CZYTAJ DALEJ

Kochanowice

Od murowanej szkoły z 1836 roku po pałac Aulocków. Kochanowice uczciły niezwykły jubileusz

Opublikowany

,

Piotr Biernacki
fot. Urząd Gminy Kochanowice

Kochanowicka szkoła ma za sobą historię, której pozazdrościć mogłaby niejedna placówka. W 1836 roku otrzymała pierwszy murowany budynek, co w realiach tamtych czasów było wydarzeniem o ogromnym znaczeniu dla uczniów, nauczycieli i całej lokalnej społeczności. Tamtego obiektu już nie ma, ale tradycja edukacyjna w Kochanowicach trwa nieprzerwanie, a dzisiejsi uczniowie zdobywają wiedzę w miejscu równie wyjątkowym – w zaadaptowanym na potrzeby szkoły dawnym pałacu Aulocków.

Właśnie ta ciągłość, od pierwszej murowanej szkoły po współczesną placówkę, stała się osią jubileuszu, który odbył się 2 czerwca. W obchodach 190-lecia powstania pierwszej murowanej szkoły w Kochanowicach uczestniczyli uczniowie, nauczyciele, absolwenci, rodzice, przedstawiciele władz samorządowych, zaproszeni goście oraz mieszkańcy miejscowości. Była to uroczystość, w której szkolna historia spotkała się z teraźniejszością, a wspomnienia dawnych roczników naturalnie połączyły się z radością najmłodszych.

Obchody rozpoczęły się od wymarszu uczestników z placu szkolnego do kościoła parafialnego. Tam odprawiona została uroczysta msza święta w intencji całej społeczności szkolnej – uczniów, nauczycieli, pracowników, absolwentów oraz wszystkich osób, które przez lata tworzyły i wspierały kochanowicką oświatę. Po nabożeństwie uczestnicy wrócili na część oficjalną jubileuszu.

Podczas okolicznościowej akademii przypomniano historię szkoły oraz jej znaczenie dla kilku pokoleń mieszkańców. W wystąpieniach zaproszonych gości podkreślano, że szkoła w małej miejscowości nigdy nie jest wyłącznie miejscem nauki. To także przestrzeń spotkań, wychowania, pierwszych przyjaźni, sukcesów, porażek i doświadczeń, które zostają z człowiekiem na całe życie. Szczególnie mocno wybrzmiewała wdzięczność wobec nauczycieli, pracowników, rodziców i mieszkańców, którzy przez dziesięciolecia dokładali swoją cegiełkę do rozwoju placówki.

Jubileusz stał się również okazją do powrotu do przeszłości. Uczestnicy mogli zajrzeć do starych kronik, odnaleźć siebie lub swoich bliskich na fotografiach sprzed lat, obejrzeć tematyczne wystawy oraz zobaczyć, jak wyglądała dawna sala lekcyjna. Zestawienie szkolnej ławki sprzed dekad ze współczesnym wyposażeniem pokazało najlepiej, jak bardzo zmieniła się edukacja, choć jej najważniejszy sens pozostał ten sam – przekazywanie wiedzy, wychowywanie i budowanie więzi.

– Tak okazały jubileusz domagał się uczczenia. Dzisiejsza szkoła w Kochanowicach służy uczniom nie tylko z samej miejscowości. Uczą się w niej także dzieci z Jawornicy, Droniowic, Harbułtowic oraz Ostrowa i Lubocek. Zdobywają wiedzę w w zaadaptowanym na potrzeby edukacyjne pałacu Aulocków. I choć to ludzie tak naprawdę tworzą atmosferę szkoły, klimat miejsca również ma znaczenie. A miejsce to jest na pewno szczególne – podkreślił wójt Jacek Mokros.

Po części oficjalnej przyszedł czas na wspólne świętowanie. Zwieńczeniem jubileuszu był festyn dziecięcy zorganizowany na terenie przedszkola i przyszkolnego boiska. Na najmłodszych czekały zabawy, konkursy i atrakcje, które nadały całemu wydarzeniu radosny, rodzinny charakter. 

Obchody 190-lecia pierwszej murowanej szkoły w Kochanowicach były zatem czymś więcej niż tylko rocznicową akademią. Stały się spotkaniem pokoleń, lekcją lokalnej historii i przypomnieniem, że szkoła wciąż pozostaje jednym z najważniejszych miejsc w życiu każdej wspólnoty. To tutaj zaczynają się biografie wielu mieszkańców, tutaj kształtują się talenty, relacje i pamięć o miejscu, z którego się pochodzi.

CZYTAJ DALEJ

Kochanowice

Stare Ursusy jadą do papieża. To pielgrzymka, która ma więcej niż jeden cel

Opublikowany

,

Piotr Biernacki
fot. Traktorowi Podróżnicy/Facebook

Z Lubecka wyruszyła wyprawa, obok której trudno przejść obojętnie. Nie ma tu wygodnych kamperów, autokarów z klimatyzacją ani szybkich samochodów technicznych wysuwających się przed kolumnę. Są za to zabytkowe traktory, zapach starej motoryzacji, cierpliwość kierowców i cel, który znacznie wykracza poza samą przygodę. Traktorowi Podróżnicy ruszyli z powiatu lublinieckiego do Watykanu, a później na Monte Cassino.

Kolumna jedenastu zabytkowych maszyn wystartowała 4 czerwca o godz. 6.00 z Lubecka, miejscowości od lat kojarzonej z pasjonatami dawnych ciągników i skansenem starych maszyn rolniczych. To właśnie tam stare traktory nie są tylko eksponatami do oglądania, lecz częścią żywej opowieści o pracy, technice, wsi i ludziach, którzy potrafią z kawałka żelaza wydobyć historię.

Tym razem ta historia wyjechała daleko poza lokalne drogi. Uczestnicy wyprawy chcą dotrzeć do Watykanu, gdzie 13 czerwca planowany jest ich udział w audiencji u papieża Leona XIV. Potem kolumna ma ruszyć dalej, na Monte Cassino, by oddać hołd polskim żołnierzom spoczywającym na tamtejszym cmentarzu. Traktorzyści wiozą ze sobą biało-czerwoną flagę, podarowaną przez Prezydenta RP, która ma zostać przekazana właśnie w tym miejscu pamięci.

Brzmi jak przygoda? Tylko do momentu, w którym uświadomimy sobie skalę przedsięwzięcia. Zabytkowe ciągniki poruszają się z prędkością około 20 kilometrów na godzinę. Każdego dnia uczestnicy muszą pokonywać od 150 do ponad 200 kilometrów, co oznacza wiele godzin spędzonych za kierownicą maszyn pamiętających czasy, gdy nowoczesność w polskim gospodarstwie miała zupełnie inny wymiar niż dziś. W trasie są Czechy, Austria, Słowenia i Włochy, mniej uczęszczane drogi, podjazdy, zmienna pogoda, zmęczenie i awarie, które przy takim sprzęcie są nie tyle możliwością, ile częścią podróży.

Już pierwszego dnia traktorzyści mieli do pokonania ponad 200 kilometrów i dotarli do czeskiego Holešova. Po drodze musieli mierzyć się z problemami technicznymi, w tym awariami, które udało się usunąć. W kolejnych meldunkach z trasy pojawiały się informacje o następnych etapach, gościnnych przyjęciach i symbolicznym momencie, jakim było pokonanie alpejskich podjazdów oraz dotarcie do Słowenii. Dla współczesnego samochodu to zwykła trasa. Dla kilkudziesięcioletniego traktora i jego kierowcy – prawdziwy test wytrzymałości.

Ale ta wyprawa nie jest tylko pokazem pasji do starej motoryzacji. Jej najważniejszy sens kryje się w imieniu małej dziewczynki. Traktorowi Podróżnicy jadą dla Laury Piechoty ze Starych Siołkowic, chorej na zespół Retta. To rzadka choroba genetyczna, która potrafi odbierać dziecku sprawność, mowę i samodzielność. Rodzina dziewczynki prowadzi zbiórkę na leczenie, rehabilitację, zakup nierefundowanego leku oraz potrzebny sprzęt. Wyprawa ma nagłośnić tę walkę i zachęcić ludzi do pomocy.

W tym sensie stare Ursusy stają się czymś więcej niż zabytkami. Są nośnikiem opowieści, która łączy kilka światów – wiarę, pamięć historyczną, rolniczą tradycję, lokalną wspólnotę i solidarność z chorym dzieckiem. Na trasie budzą uśmiech, zdziwienie i zainteresowanie. Ludzie robią zdjęcia, nagrywają filmy, udostępniają je w internecie. Każde takie udostępnienie ma znaczenie, bo zwiększa szansę, że informacja o Laurze dotrze do kolejnych osób. Link do zbiórki tutaj.

To również wyprawa o Polsce, której często nie widać w wielkich deklaracjach. O Polsce ludzi, którzy miesiącami przygotowują sprzęt, planują trasę, załatwiają formalności i potem wsiadają na stare maszyny, by przez Europę wieźć własną pasję, flagę i prośbę o pomoc. O Polsce, w której lokalny skansen, grupa zapaleńców i kilkadziesiąt koni mechanicznych z minionej epoki potrafią stworzyć wydarzenie zauważane znacznie dalej niż granice jednej gminy.

Na końcu tej drogi jest Watykan, Monte Cassino i symboliczny hołd dla historii. Ale po drodze jest jeszcze coś równie ważnego – przypomnienie, że wielkie rzeczy nie zawsze zaczynają się od wielkich pieniędzy, wielkich instytucji i wielkich słów. Czasem zaczynają się o szóstej rano, w niewielkim Lubecku, od uruchomienia starego traktora.

CZYTAJ DALEJ

Kochanowice

Dwadzieścia lat więzienia za zabójstwo w Kochanowicach. Prokuratura rozważy apelację

Opublikowany

,

Piotr Biernacki
fot. Fotolia

Sąd Okręgowy w Częstochowie skazał Adama S. na 20 lat pozbawienia wolności za zabójstwo 46-letniego Mariusza R., do którego doszło 7 czerwca 2025 roku w Kochanowicach. Kara ma być wykonywana w systemie terapeutycznym. Sąd zasądził również od skazanego 100 tys. zł zadośćuczynienia na rzecz córki pokrzywdzonego.

Wyrok zapadł 21 maja. Sprawa trafiła do Sądu Okręgowego w Częstochowie po tym, jak w lutym tego roku Prokuratura Rejonowa w Lublińcu skierowała akt oskarżenia przeciwko 31-letniemu Adamowi S. Mężczyzna odpowiadał za pozbawienie życia Mariusza R. Z ustaleń śledztwa wynika, że tłem tragicznego zdarzenia miały być sprawy osobiste, związane z kontaktami pokrzywdzonego z byłą narzeczoną oskarżonego oraz małoletnim synem Adama S.

Prokurator w mowie końcowej domagał się surowszej kary – 30 lat pozbawienia wolności. Po ogłoszeniu wyroku zapowiedziano złożenie wniosku o pisemne uzasadnienie orzeczenia, co w praktyce otwiera drogę do ewentualnej apelacji. Decyzja o zaskarżeniu wyroku ma zostać podjęta dopiero po analizie uzasadnienia sądu.

Do zbrodni doszło 7 czerwca ubiegłego roku. Według ustaleń śledczych Adam S. pojechał do domu znajomego w Kochanowicach, aby wyjaśnić kwestie dotyczące relacji 46-letniego Mariusza R. z byłą partnerką oskarżonego oraz sprawy związane z opieką nad dzieckiem. W trakcie rozmowy doszło do nieporozumienia. W pewnym momencie Adam S. wyjął z plecaka nóż i ugodził gospodarza w szyję.

Po zadaniu ciosu mężczyzna zadzwonił na pogotowie ratunkowe, a następnie pojechał do komendy policji w Lublińcu, gdzie poinformował funkcjonariuszy o zdarzeniu. Na miejscu nie udało się jednak uratować życia pokrzywdzonego. Sekcja zwłok wykazała, że przyczyną śmierci była rana kłuto-cięta szyi z uszkodzeniem tętnicy.

W toku śledztwa prokurator przedstawił Adamowi S. zarzut zabójstwa. Podejrzany, przesłuchany przez prokuratora, przyznał się do popełnienia czynu. Wyjaśniał jednocześnie, że nie wie, dlaczego ugodził Mariusza R. nożem.

Ze względu na wątpliwości dotyczące stanu zdrowia psychicznego sprawcy, konieczne było przeprowadzenie obserwacji sądowo-psychiatrycznej w warunkach szpitalnych. Po jej zakończeniu biegli uznali, że Adam S. w chwili popełnienia czynu miał zachowaną zdolność rozumienia jego znaczenia oraz pokierowania swoim postępowaniem. Oznacza to, że był poczytalny i mógł odpowiadać karnie za swoje zachowanie.

Zabójstwo, o które oskarżono mężczyznę, zagrożone jest karą od 10 do 30 lat pozbawienia wolności albo dożywociem. W tej sprawie sąd wymierzył karę 20 lat więzienia, jednak wyrok nie kończy jeszcze postępowania w sposób definitywny.

CZYTAJ DALEJ

NAJPOPULARNIEJSZE